• 1
  • 2
  • 3
piątek, 09 styczeń 2015 21:37

Zapach pieczywa i landrynek

Napisał

Roznosił się zapewne w domu przy ulicy 29 Listopada w Augustowie, gdzie do czasu wybuchu II wojny światowej, oprócz biura obsługującego stojący w sąsiedztwie młyn, mieścił się popularny sklep kolonialno-spożywczy małżeństwa Wróbli. Sam dom należał do Żyda Warhaftyka.

To tam zwykli chodzić chłopi z młyna notorycznie kłócący się o to, z czyjego zboża powstawała najlepszej jakości mąka. Sprzedawali mąkę, kupowali nielegalną stugramową "małpkę" (właściciel nie miał koncesji na alkohol) i rozchodzili się każdy w swoją stronę.

Młyn, po którym dzisiaj pozostały spalone szczątki, pracował wtedy pełną parą. Śmigały pasy transmisyjne, obracały się koła. Nad drzwiami wewnątrz sklepu wisiał drewniany dzwonek, który po ich popchnięciu wydawał dźwięk wzywający do lady panią Wróbel. Jej mąż dostał się kiedyś pomiędzy pasy transmisyjne i na skutek wypadku zmarł. Wróblowa ponownie wyszła za mąż i aż do nadejścia Sowietów w 1939 roku razem z nowym towarzyszem życia, Kozłowem, z sukcesem prowadziła cały przybytek.

Co w tamtych czasach można było u niej nabyć? "Najczęściej kupowałem 3 tłuste śledzie tzw. "katoliki" po 5 gr. sztuka, cykorię "Enrilo", pół kilo kaszy jaglanej z prosa, 20 deko powideł firmy "Strójwąs", pastę do butów "Dobrolin", mały proszek do prania "Radial", pół kilo mydła do prania, było to mydło szare, nakładane łopatką, u nas nazywane zielone, dla ojca - machorkę grodzieńską lub tytoń przedni turecki, bibułkę do skrętów "Solali lub Aida", pióro do pisania z krzyżykiem i kajet. Najbardziej oszczędzało się na cukrze, chociaż często wisiały hasła, że "cukier krzepi". Kilogram cukru kosztował złotówkę, czyli pół dnia pracy robotnika" – taką listę zakupów podaje w swoich wspomnieniach Jan Dusyn.

Powideł "Strójwąs" ani machorki grodzieńskiej od dawna już w Augustowie nie kupimy. I tylko cena cukru potrafi jeszcze skoczyć w górę, choć swoją wysokością nie przypomina na szczęście tej sprzed lat. Sklepu kolonialnego już nie ma, młyn nie działa, pozostały jedynie budynki. Warto wiedzieć, że w niepozornym zielonym domku niegdyś przywitałaby nas gospodyni w służbowym fartuchu i nalała do przyniesionej metalowej manierki pół litra oleju lnianego, zupełnie nie dziwiąc się takiemu zamówieniu.

(przy tworzeniu tekstu korzystaliśmy ze wspomnień Jana Dusyna)

Więcej w tej kategorii: NIK o zakładach wzajemnych »

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

August
McDonald's
Foto Bajka - Lustra
Zakład stolarski
MIRAD - Bar przy kominku
Drewno opałowe
KA-MIX
Weterynarz
Wiwa