• 1
  • 2
  • 3
  • 4
niedziela, 08 luty 2015 08:49

"Do Augustowa nie przyjeżdża się z przypadku"

Napisała

Nie trzeba sprawdzać danych statystycznych, by móc stwierdzić, że Augustów, przede wszystkim w sezonie, odwiedza spora grupa osób. Na pierwszy rzut oka trudno się jednak zorientować, co myślą o nas przyjezdni, jak oceniają miasto, czym ich najbardziej wabi.

Rąbka tajemnicy uchyliła nam Aneta Cich, przewodnik po Augustowie i regionie, która z turystami styka się na co dzień.

Augustów jako miasto turystyczne przyciąga głównie latem. W okresie jesienno-zimowym już takiego ruchu nie widać. Jak to wygląda z perspektywy przewodnika? Kogo zdarza się oprowadzać najczęściej?

Ruch turystyczny zaczyna się już od maja. Maj-czerwiec to przeważnie grupy szkolne, ale też wycieczki firmowe, zakładów pracy. Latem, w miesiącach lipiec-sierpień, są już głównie turyści indywidualni. Zdarzają się też grupy zorganizowane, takie jak kolonie czy pielgrzymki. Jesienią i zimą z usług przewodnika korzystają sporadycznie uczestnicy odbywających się w augustowskich hotelach sympozjów. W ostatnim sezonie można było zaobserwować w Augustowie wycieczki litewskie, a nawet grupy japońskie.

Czy turyści, którzy odwiedzają Augustów i okolice, wiedzą, co mogą tu zobaczyć? Przyjeżdżają w konkretnym celu?

Do Augustowa nie przyjeżdża się z przypadku. Chyba mało kto w Polsce o nim nie słyszał, choćby w związku z obwodnicą. Miasto jest znane i już dawno rozsławione przez szlagiery "Augustowskie noce" czy balladę o Beacie z Albatrosa. Do dzieci doszła zaś wiadomość, że Augustów został najmilszym miastem w Polsce.

Augustów kojarzy się przede wszystkim z Kanałem Augustowskim, z Puszczą Augustowską, jeziorami. I głównie w tym celu przyjeżdżają turyści – żeby udać się na rejs po augustowskich akwenach, najczęściej Szlakiem Papieskim do Studzienicznej. Przyciąga ich natura. Zabytków, trzeba przyznać, mamy niedużo. Zwiedzający obfotografowują się więc na tle lasów i jezior. Najczęściej aparaty idą w ruch w czasie rejsu. Zdarza się jednak, że ludzie mylą nasz region z Mazurami. Wielokrotnie trzeba prostować.

Co pokazuje się przyjezdnym?

Wycieczki zazwyczaj nie obejmują samego Augustowa. Stąd najczęściej jedzie się nad Wigry zwiedzić pokamedulski klasztor, do Sejn i na północną Suwalszczyznę, m.in na punkt widokowy w Smolnikach, Cisową Górę oraz na mosty w Stańczykach. W mieście zwiedza się bazylikę, spaceruje po Rynku Zygmunta Augusta, gdzie panująca latem atmosfera bardzo się ludziom podoba. Turyści chętnie wykorzystują tu czas wolny. Można jeszcze przespacerować się bulwarami do wyciągu nart wodnych, jeśli dopisze pogoda i gdy pozwala na to czas, bo zazwyczaj na wycieczkach zorganizowanych tego czasu jest mało.

Zdarza mi się też prowadzić grupy, zwłaszcza te mniejsze, pod Dom Turka. Sporo osób jest bardzo zaciekawionych historią obławy augustowskiej i nietypowymi miejscami, o których raczej się w przewodnikach nie pisze. Miałam takie sytuacje, że kiedy opowiadałam grupie o historii i przeznaczeniu budynku, zatrzymywały się starsze osoby, słuchały moich słów i dodawały od siebie: "tak, ta pani dobrze mówi, tak było". Wtedy turyści zaczynają na tę historię inaczej patrzeć. Widzą, że sprawa jest kontrowersyjna, nie do końca jasna oraz dostają potwierdzenie, że żyje jeszcze w pamięci mieszkańców.

Przyjezdnym pokazuje się również nasze miejscowe muzea – Muzeum Kanału Augustowskiego i Muzeum Ziemi Augustowskiej. Za ciekawsze uznają to drugie. Aż trochę żal, że jest ono tak rzadko polecane przez organizatorów wycieczek. Turyści, z którymi ja tam byłam, byli bardzo zadowoleni z wizyty, bo dla nich to możliwość poznania, jak ludzie tutaj żyli, jak wyglądała ich codzienność. To ich interesuje.

Czy są u nas rzeczy, które dla nas wydają się naturalne lub do których podchodzimy obojętnie, a na turystach robią wrażenie lub wprawiają ich w zdumienie?

Często oprowadzam turystów z południa Polski, głównie ze Śląska. Są bardzo zaskoczeni drewnianym budownictwem w centrum miasta i faktem, że te drewniane domy są zamieszkane. Dziwi ich również w naszym regionie, a dodam, że chodzi o osoby nie tyle z dużych miast, co z gmin wiejskich, widok pasących się na łąkach krów – ich liczba i fakt, że zostają na noc na pastwiskach. Zdarzyło mi się oprowadzać po Suwalszczyźnie grupę osób, która fotografowała się przy tych krówkach. Powiedziano mi, że u nich na całą gminę są tylko dwa gospodarstwa, gdzie hodują krowy. A u nas kraina mlekiem płynąca.

Bardzo często słyszę też pytania (zadawane w związku z tym, że mamy tyle wody wkoło), o to, jak często te tereny są zalewane i jak mieszkańcy radzą sobie z powodziami. Kiedy wyjaśniam, że u nas powodzi i podtopień nie ma, pytający są szczerze zdziwieni.

A na co zdarza im się ponarzekać?

Turyści lubią porównywać. Często mają takie wyobrażenie, że Augustów jest nie tyle miastem turystycznym, co kurortem z prawdziwego zdarzenia. Osoby, które bywały w innych kurortach, czy to nadmorskich, czy jakichkolwiek innych, gdy przyjeżdżają do nas, są zawiedzione tym, że jest tak mało kawiarenek przy naszej "promenadzie", że nie ma restauracyjek, knajpek położonych jedna obok drugiej. Okazuje się, że większość lokali mamy pochowanych w piwnicach, a serwowane są tam głównie pizza lub kartacze. Problem pojawia się też wtedy, kiedy grupa przyjeżdża do miasta przed południem i wychodzi na to, że nie ma gdzie wypić kawy, bo wszystko jest jeszcze zamknięte.

Coraz częściej ludzie przyjeżdżają tu, żeby coś zwiedzić, poznać, czegoś nowego spróbować. Nie jest już tak, jak bywało w okresie nieodpłatnych wczasów organizowanych przez zakłady pracy, gdy wyjeżdżało się w celach rozrywkowych i nie bardzo interesowało to, co po drodze. Teraz turysta jest bardziej wymagający.

W swojej pracy ma Pani styczność z bardzo różnymi ludźmi. Już zostało wspomniane, że w związku z tym pojawiają się niekiedy zaskakujące pytania. Zdarzają się też jakieś nietypowe sytuacje?

Z ostatniego sezonu utknęło mi w pamięci, jak oprowadzałam indywidualnie trzyosobową rodzinę – ojca z dwójką dzieci. Sześcioletni Staś był bardzo przygotowany do pobytu w Augustowie. W momencie, kiedy zaczęłam opowiadać legendę o założeniu miasta, dał mi cały wykład na temat królowej Bony i rodu Sforzów oraz wyjaśnił, dlaczego w Polsce mówimy "Włochy" a nie "Italia". Mogłam się zatem sporo nauczyć od sześcioletniego dziecka. Zrozumiałam też, dlaczego ów tata wynajął przewodnika indywidualnie zamiast dołączyć do grupy zorganizowanej. Wówczas on, a głównie jego dzieci, nie mogliby zadawać takiej liczby pytań, jaka padła z ich strony. A interesowało ich wszystko i ze szczegółami – ile silników ma statek, kiedy został zbudowany, w jakiej stoczni, od czego pochodzi nazwa rzeki Netta, nazwy augustowskich jezior czy okolicznych miejscowości. W większej grupie nie mogliby też zatrzymywać się w tych wszystkich miejscach, w których chcieli.

Kiedyś w czasie rejsu z grupą dzieciaków padło pytanie, dlaczego ktoś powrzucał do jeziora tyle koszy na śmieci. Dziecko miało na myśli czerwone i zielone boje, którymi oznakowany jest szlak wodny w żegludze śródlądowej.

Zdarzyło mi się też raz zgubić dwóch turystów na bulwarach – na odcinku od ulicy Mostowej do portu żeglugi. Zapatrzyli się na niebo, które było burzowe, potem dostrzegli parasole i doszli do wniosku, że w taką pogodę statek na pewno nie popłynie, więc nie ma sensu iść za przewodniczką. Woleli poczekać przy piwie. Dodam tylko, że szybko udało mi się ich zlokalizować i dołączyli do grupy.

Dziękujemy za rozmowę.

Więcej w tej kategorii: NIK o zakładach wzajemnych »

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

August
Roboty ziemne
Foto Bajka - Fotograf
Opał klasy PREMIUM
Foto Bajka - Lustra
Weterynarz
Drewno opałowe
GENERALI
Tepete - Auto zastępcze
Biuro Rachunkowe