• 1
  • 2
  • 3
poniedziałek, 14 wrzesień 2015 07:33

Z Mongolii przez Augustów

Napisał

Peter Hinds i Niall Crimin podróż rozpoczęli w rodzinnej Irlandii. 25-letnią Toyotą przemierzyli m.in. Turcję, Mongolię i Rosję. W drodze powrotnej przez Polskę zatrzymali się na chwilę w Augustowie. ‒ To nie ostatnia nasza wyprawa ‒ zapewniają w rozmowie z nami, przeprowadzonej przed wyruszeniem w dalszą drogę.

Wczesne godziny poranne. Peter wychodzi z pubu i otwiera bagażnik zakurzonego samochodu wyraźnie zwracającego uwagę nielicznych przechodniów. Widać, że wóz od dawna był w drodze. Zawartość bagażnika i sieć wykonanych na masce odręcznych napisów budzi zainteresowanie. Tak ma być. Dodatkowa rura przy bocznej szybie sugeruje, że auto, podobnie jak wozy terenowe, zostało przystosowane do długodystansowej jazdy poprzez zwiększenie możliwości chłodzenia silnika.

‒ Wracamy z Mongolii ‒ mówi Peter. ‒ Zaczęliśmy naszą podróż w Europie. Jechaliśmy przez Turcję, Gruzję, płynęliśmy promem przez Morze Kaspijskie, trafiliśmy do Turkmenistanu, Uzbekistanu, Kirgistanu, Kazachstanu, Rosji, Mongolii, znów do Rosji. Później Łotwa, Litwa i teraz Polska. ‒ Tym samochodem? ‒ pytamy. ‒ Tak, tą 25-letnią Toyotą Starlet. W dwie osoby ‒ odpowiada ze śmiechem ‒ dokładniej: dwie osoby, jeden lider. Wszystko, absolutnie wszystko zrobiliśmy przy tym samochodzie u mnie w domu. Nie jesteśmy mechanikami. Ale w czasie podróży możemy być zdani tylko na siebie. Jeśli coś się zepsuje, sami musimy to naprawić. Napisy na masce to podpisy ludzi, których spotkaliśmy po drodze, którzy nam pomogli, nakarmili, czy choćby pokazali kierunek.

Zapytani o opisanie swoich przeżyć ze śmiechem proponują wybranie kraju. Pada na Gruzję. ‒ Zrobiliśmy 200 km offroad na pierwszym biegu. Nie było żadnej drogi ‒ wspomina Peter. ‒ Panowały naprawdę złe warunki. Dotarliśmy na szczyt góry, już się ściemniało. Zastanawialiśmy się, co dalej robić. Nie wiedzieliśmy, co jest dookoła, a musieliśmy znaleźć miejsce do rozbicia obozu. Wtedy jakieś dzieci wyszły do nas z lasu, 9 może 10. Żadne nie mówiło po angielsku, a my nie mówiliśmy po gruzińsku. Daliśmy dzieciakom różne baloniki i inne fanty, które trzymamy w samochodzie dla ludzi. Podjechał samochód a w nim "tubylec", który nas widział ‒ "ani be, ani me" po angielsku. "Zapraszam was do restauracji" – powiedział. Miał na myśli swój dom, bo to było jedyne słowo, które znał. Dom okazał się być drewniany, ze stodołą na parterze. Z tej przyczyny, że wtedy ciepło krów ogrzewa górne piętra. Tubylec zaprosił nas do środka, bo zbliżała się burza. Gdy zaczęły walić pioruny, krowy ogarnęło szaleństwo. Wybiegliśmy przed "restaurację" przekonani, że zaraz się zawali. Przed burzą zorganizowano ognisko, przyszło bardzo dużo lokalnej ludności. Grali na akordeonach, śpiewali, a my razem z nimi. Gospodarze odstąpili nam swoje łóżka, a sami spali na kanapie. Nie prosiliśmy ich o nic, oni tak sami z siebie ‒ dali wszystko co mieli, żeby zapewnić komfort przybyłym ‒ kończy swoją relację Peter. ‒ No właśnie – indagujemy dalej ‒ jakie macie wrażenia z podróży? Jak reagowano na was w różnych regionach? ‒ Wszyscy byli bardzo pomocni. W każdym kraju ‒ ocenia Peter. ‒ Jeśli wyjeżdżasz z Europy i kierujesz się do północnej Azji – do Turkmenistanu, Uzbekistanu, Kurdystanu, tamtejsi mieszkańcy nieczęsto mają kontakt z Europejczykami, wydajemy się im bardzo egzotyczni. Każdego interesuje, dlaczego i skąd przybywasz, a samochód przyciąga sporo uwagi. Ludzie podchodzą, spoglądają na wóz, pytają, my się witamy i to już początek rozmowy. Nie spotkaliśmy nikogo, kto by powiedział: "to głupi pomysł, jedźcie sobie stąd". Zawsze interesowali się, czy nie brak nam jedzenia, czy mamy dość wody, aby przejechać pustynię, czy potrzebujemy czegokolwiek.

Decydujemy się zadać sztandarowe pytanie, o to, jak wszystko się zaczęło. ‒ Zwyczajnie ‒ Peter puszcza do nas oko ‒ nudziłem się i przeglądając internet natknąłem się na stronę dla osób chcących jeździć po całym świecie ‒ wyjaśnia spokojnie. ‒ Do najprzeróżniejszych zakątków świata i na najprzeróżniejsze sposoby. Zdecydowaliśmy jednak, że zrobimy to na własną rękę i pomyśleliśmy o Mongolii. Taki był początek. Stwierdziliśmy, że skoro wyruszamy w taką podróż równie dobrze możemy odbyć ją w jakimś szczytnym celu. A że samobójstwa są poważnym problemem w Irlandii i rodziny nas obu miały z tym problemem styczność, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji i zebrać pieniądze, by pomóc naszym bliskim i lokalnej społeczności. "Podniesienie świadomości dotyczącej zapobiegania samobójstwom" – czytamy na ich stronie "Cowboys Ted", gdzie nasi rozmówcy zamieścili informacje o wszystkich odwiedzonych krajach, w kolejnych aktualizacjach wzbogacając ją o zdjęcia z podróży.

Na sam koniec pytamy o Augustów. ‒ Byliśmy zmęczeni i szukaliśmy miejsca, żeby się zatrzymać. I właśnie dlatego tu jesteśmy ‒ mówią. ‒ Okazało się jednak, że spotkaliśmy paru bardzo fajnych ludzi. Usłyszeliśmy, że te tereny są przepiękne, więc chcemy trochę pozwiedzać. Zobaczyć te wszystkie jeziora i pola. A potem kierujemy się w stronę Francji.

Jako że całe przedsięwzięcie ma się się ku końcowi, postanawiamy jeszcze zagadnąć o plany na przyszłość. ‒ Związane z samochodem czy z nami? ‒ po raz kolejny śmieje się Peter. ‒ Z jednym i z drugim. W końcu wychodzi na to samo ‒ oceniamy. Peter potakuje: ‒ Jazda tym samochodem dała nam sporo przyjemności. Szkoda by było tak po prostu go odstawić. Kolejną wyprawę na pewno odbędziemy. Może tym razem po Europie. W końcu świat jest mały.

Żegnamy się, nie mogąc odmówić słuszności ostatniemu zdaniu. Choć, żeby ją potwierdzić, trzeba najpierw zdobyć się na podstawowy krok. Sprawdzić jego treść w praktyce.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot