• 1
  • 2
  • 3
piątek, 02 październik 2015 13:27

Hodowaliśmy barszcz Sosnowskiego

Napisał

Jak się okazuje, niebezpieczna roślina o tej nazwie, przed którą ostrzegaliśmy w jednym z artykułów, występuje na naszych terenach w znacznie większej ilości niż podejrzewano. Szacuje się, że obecnie w Dolinie Rospudy zajęła ona obszar około 30 ha. A to jeszcze nie wszystko. O samym gatunku i o tym, skąd wziął się w Polsce rozmawiamy z panią Danutą (nazwisko do wiadomości redakcji).

Barszcz Sosnowskiego etnicznie pochodzi z rejonów Kaukazu. Czym charakteryzuje się jego wygląd?

Ma palczaste liście o średnicy ok. 30cm, a w okresie kwitnienia wytwarza baldachy podobne do baldachów kopru czy kminku. Może mieć ich nawet kilkanaście, a w środku ogromną ilość ziaren. Nasiona to płaskie tarczki w otoczce z błony umożliwiającej rozsiewanie przez wiatr. Roślina dopuszczona do kwitnienia błyskawicznie się rozplenia.

W krajach byłego ZSRR prowadzono badania nad wykorzystaniem jej w rolnictwie. Jak i kiedy trafiła do Polski?

Nie wiem, w którym roku sprowadzono barszcz do nas. Ja miałam z nim styczność w połowie lat 70-tych. W niektórych Rejonowych Ośrodkach Doświadczalnych tamtego czasu, dzisiejszych ODR-ach, zakładano poletka doświadczalne w celu wykorzystania tej rośliny jako paszowej. Zielonej masy było rzeczywiście dużo, ale zwierzęta nie jadły jej chętnie. Mimo, że zawiera dużo białka, przeszkadzały toksyny występujące w formie olejków eterycznych. Podczas upalnego lata w okolicy takich poletek nawet oddychanie powietrzem stwarzało zagrożenie dla zdrowia. Największym problemem jest jednak parzący sok. Styczność z liśćmi czy uszkodzona łodyga i potarcie sokiem może prowadzić nawet do oparzeń pierwszego stopnia. Podczas pracy z barszczem musieliśmy stosować specjalne ubrania ochronne, buty, kombinezony, rękawice, obowiązywały nas też określone szkolenia.

Skoro istniało tak duże ryzyko, jakim sposobem możliwe było wykorzystanie barszczu jako paszy?

Stawał się niegroźny po zakiszeniu. Właśnie tak, jak dzisiaj postępuje się w przypadku kukurydzy czy niektórych traw, planowano wykorzystać barszcz. Kiszonka nie była toksyczna, choć tylko dla przeżuwaczy, bowiem w trakcie jej przygotowywania szkodliwe substancje wypływały. Nie znam obecnej sytuacji w krajach byłego ZSRR, w Polsce w każdym razie do szerszego zastosowania tej rośliny nie doszło. Prace nad nią zarzucono w latach 80-tych.

A jednak przystosowała się do naszego ekosystemu. Można ją spotkać w rowach, na polach.

Poletek nie było wiele, nie odznaczały się też dużymi rozmiarami. Większość z nich powstawała na południu kraju. Istniały też plantacje nasienne założone pilotażowo: od 20 arów do hektara. Po zakończeniu doświadczeń, przynajmniej tych, z którymi ja miałam styczność, nasiona niszczono, ale jeśli gdzieś na miedzach, rowach, podczas zbiorów baldachów jednak się posypały, rolnicy nie zdając sobie sprawy niczego nie wykaszali, nie niszczyli i pozwalali, by spokojnie kiełkowały. Trzeba pamiętać, że jeden egzemplarz równa się kilka tysięcy nasion.

Podobno na wschodzie kraju barszcz pojawił się w latach 70-tych, kiedy w Raczkach zasadzono go przy szkole rolniczej. Plantacja już nie istnieje, ale inwazyjny gatunek owszem. Zwłaszcza nad Rospudą znalazł doskonałe warunki- dobrze nasłonecznione i wilgotne miejsca. Przenosi się również do gospodarstw i niezwykle trudno jest się go pozbyć. Jakie są metody walki z barszczem?

Najlepiej nie dopuścić do kwitnienia, niszczyć jeszcze zielone egzemplarze. Suchy barszcz nie jest toksyczny. Trudno się natomiast zabezpieczyć. Nie istnieją żadne maści chroniące przed oparzeniem. Po prostu trzeba znać niebezpieczeństwo i zwyczajnie go unikać. Roślina osiąga wysokość nawet do 3 m. Po zaschnięciu ścinaliśmy ją specjalnymi sekatorami, ale w zasadzie robiliśmy to z drabin. Dosyć twarda, podobna do słonecznika łodyga i ogromna karpa korzeniowa uniemożliwiają zwykłe wyrwanie z ziemi. Po uschnięciu rośliny nie są już niebezpieczne, ale botanicy zaliczają je do wysoko toksycznych. Na szlakach turystycznych, w okolicach tras spływów kajakarskich, przydałyby się określone tablice i fotografie. Należałoby dokładnie zbadać tereny występowania barszczu i określić, z jaką liczbą egzemplarzy mamy do czynienia. Od niedawna do obowiązków samorządów terytorialnych należy jego tępienie, pojawiły się również dofinansowania na ten cel. Wystarczy, że oparzy się małe dziecko, czy nawet jedna dorosła osoba. Niewielu wie jakie jest ryzyko, zwłaszcza, że sama nazwa również niczego nie sugeruje.

No właśnie. A jakie właściwie jest ryzyko? W artykule zamieszczonym w "Polityce" znajdziemy informację, że w czerwcu nastąpił pierwszy wypadek śmiertelny. Zmarła kobieta, w której przypadku doszło do oparzenia tylko 5 procent ciała, ale toksyny dostały się do organizmu wywołując powikłania.

Jedna z pracownic, moich koleżanek, potarła sobie przedramię. Leczenie trwało około sześciu tygodni. Na długo pozostały też dosyć głębokie blizny. Niewielkie nawet znamiona na rękach wyglądają jak czerwone plamy z pęcherzami, choć różniące się od tych powstających po gorącej wodzie. Trudno sobie wyobrazić, by sam dotyk wystarczył, a jednak tak jest. I powoduje oparzenia trzeciego, a nawet pierwszego stopnia. Rekonwalescencja bywa długa i mozolna. Mały barszcz przypomina koper i może nań trafić praktycznie każdy. A przecież tak naprawdę większość z nas nic o nim nie wie. Jesteśmy zwyczajnie nieświadomi.

Według listu Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska Michała Kiełszni barszcze kaukaskie wywołują nawet raka skóry. Warto więc zwrócić uwagę na problem. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie pojawia się coraz więcej głosów potwierdzających taką potrzebę. Rozmowa z Panią jest jednym z nich. Dziękujemy za podzielenie się z nami informacjami.

Ja również dziękuję za wysłuchanie.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot