• 1
  • 2
niedziela, 19 kwiecień 2015 15:57

Zaraza, kapliczka i piwo

Napisał

Historię kapliczki Pana Jezusa Klęczącego podawało już wiele źródeł, zazwyczaj jednak w skrócie i skupiając się na encyklopedycznych informacjach. W "Tygodniku Ilustrowanym" sprzed 152 lat (dokładnie z marca 1863 r.), który wpadł w nasze ręce, odnajdziemy artykuł "Z Suwałk do Augustowa", a w nim literacki opis czasów zarazy i legendarnego dzisiaj Cimocha, który grzebał ofiary epidemii w poświęconej ziemi i zamieszkiwał w kapliczce doglądając ognia na ołtarzu.

Redaktor ogólnopolskiego periodyku sprzed lat we wspomnianym tekście relacjonuje swoją podróż na ziemie augustowskie. Właśnie tutaj od napotkanych mieszkańców usłyszał "o cudownym Panu Jezusie, że był z drzewa, że wskutek woli Nieba powoli w kamień się obraca i przyjdzie czas, że zupełnie skamienieje". Zainteresowany tematem postanowił go zgłębić, a trop doprowadził go do informacji o czcigodnym Cimochu. Oto, czego się dowiedział:

"Przed rokiem 1830 Cimoch słynął w okolicach Augustowa jako zdolny, ochoczy i rzadkiej poczciwości robotnik. Skąd był rodem? Nie wiadomo, bo nie lubił w ogólności wiele mówić. Wszakże wygadał się po parę razy, że służył kiedyś wojskowo za Augusta Sasa – twierdził, że za jego czasów musztra nie odbywała się na głośną komendę, ale z oka. W roku 1836 sam sobie liczył przeszło 150 lat", choć "według urzędowych wiadomości żył tylko lat sto szesnaście". Jednak czas jego prawdziwych zasług nadszedł w okresie zapowiadanym przez "jakąś białą niewiastę, górującą głową nad lasy, która sunęła jak mgła wiatrem niesiona przez okolice", a było to morowe powietrze. To przed nim mieszkańcy miasta zaczęli uciekać, pierzchać i chować się po lasach, coraz głębiej i dalej. Jednak nawet tam dosięgała ich zaraza.

"A były wtedy w okolicach Augustowa zamierzchłe bory, pełne czarnych ostępów, powałami olbrzymich kłód próchniejących od lat kilkunastu pozwalane, zatracone ustronia i wyspy bezludne wśród jezior, porosłe wiekuistym drzewem" – opisuje redaktor, Aleksander O. Na tych opanowanych przez chorobę terenach pojawia się Cimoch i "dobrowolnie poczyna pełnić obowiązki grabarza: własnemi rękami kopie doły i trupy w nie chowa. Dziwią się tułacze jego odwadze, z niejakim przerażeniem przypatrując się starcowi, gdy zjawi się wśród nocy z łopatą grabarską u ich ogniska, zasiądzie przy niem i lulkę pali w milczeniu, wpatrując się całemi godzinami w płomień".

Tymczasem sam Augustów zmienił się w ognisko epidemii, do tego stopnia, że "nawet dom przeznaczony dla zapowietrzonych stał pustkowiem. Oprawcy bosakami niekiedy wyciągali zmarłych z mieszkań i na plugawych swych wózkach wywozili za miasto". Cimoch "zjawia się też w Augustowie" – czytamy. "Zamarłych grzebie na poświęconych mogiłach, a zapowietrzonych zwozi lub na własnych przenosi barkach do szpitala. Tam wymyśla według swego przekonania lekarstwo i sposób kuracyi: gorzałkę z pieprzem i taczanie na twardych deskach".

Jak wynika z tekstu, to właśnie działania Cimocha doprowadziły do przełamania strachu i stworzenia nadzoru nad chorymi. On sam, kiedy ludzie zaczęli wracać do domów, a zagrożenie stało się mniejsze, przeniósł się za miasto, by samotnie zamieszkać "w nędznej budce, wśród wydmy piaszczystej", w której ktoś, nie wiadomo kto i kiedy, umieścił modrzewiową figurkę Chrystusa. Cimoch po kilku latach za pieniądze z jałmużny zakupił drewno i rozpoczął stawianie kaplicy. Aby ją dokończyć, kwestował w świecie, a po powrocie dodatkowo obsadził święte miejsce topolami i zbudował parkan. Za towarzysza obrał sobie niejakiego Szczerbińskiego, dziada wędrownego. Od tamtej chwili miał więc już towarzysza, z którym mógł na ławeczce gwarzyć o dawnych czasach. "Na kilka dni przed zgonem pierwszy i ostatni raz w życiu zachorował. Biedni ludzie co go przytulili, zmuszeni byli sprzedać na ten cel zapas świec woskowych – cały majątek chorego. Ale ratunek był już zbyteczny, bo Pan, co obdarzył Cimocha tak wspaniałym żywotem, w dniu 22 sierpnia 1856 roku powołał starego żołnierza na apel" – kończy opis tego epizodu augustowskiej historii autor artykułu, zaznaczając jednocześnie, że zmarłego pochowano na cmentarzu, z dala od kaplicy, i, już w czasach powstawania tekstu, mogiłę pokrywała cmentarna trawa, tak że niewielu mogło powiedzieć, gdzie się znajduje.

O późniejszych losach kapliczki stosunkowo łatwiej czegoś się dowiedzieć. Jeśli chodzi o czasy bardziej nam współczesne, pamiętają je starsi mieszkańcy Augustowa. Nie każdy jednak powie nam o tym, że tuż obok niej znajdował się niegdyś jeden z pierwszych kiosków piwnych w mieście, przy którym zawsze była kolejka. Jak wspomina jeden z augustowian, często, zwłaszcza po powrocie z pola, chciało się człowiekowi wypić kufel piwa, ale ogonek był tak długi, że niepodobna było doczekać się na swoją kolej.

To jednak jedynie ciekawostka z samą kapliczka mająca niewiele wspólnego. Dzisiaj, po latach, wyremontowana i wyglądająca zupełnie inaczej, nadal pozostaje miejscem szczególnym posiadającym wyjątkowy klimat.

(Przy cytowaniu artykułu z "Tygodnika Ilustrowanego" zachowaliśmy oryginalną pisownię).

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.