• 1
  • 2
wtorek, 26 maj 2015 11:21

Zapach wędzonki na ulicy 3 Maja

Napisał

W tym miejscu, tuż za obecnym sklepem z artykułami elektrycznymi, aż do lat siedemdziesiątych znajdowała się wybudowana jeszcze przed wojną słynna i jedyna prywatna augustowska masarnia. Jej cechą szczególną był fakt, że wszelkie produkty przygotowywano na miejscu. Tym sposobem pachnące kiełbasy, boczek i inne smakołyki jeszcze ciepłe trafiały na sklepową ladę. Należała do pani Heleny Rutkowskiej.

‒ Babcia, z domu Burgulska, urodziła się w Warszawie 19 października 1894 r. jako jedna z czterech sióstr ‒ wspomina pan Andrzej Zarosiński. ‒ Pradziadek był dosyć zamożnym człowiekiem, miał nawet sklep z obuwiem na Krakowskim Przedmieściu. Kiedy zmarł, babcia wraz z matką i siostrami przeprowadziła się do Augustowa. Tu, w wieku 16 lat, wyszła za mąż za mojego pochodzącego spod Grodna dziadka nazwiskiem Rutkowski, posiadającego mistrzowskie papiery masarnicze, ale nigdy nie zajmującego się tym fachem – wyjaśnia. Jak wynika z jego opowieści, to właśnie pani Helena, będąc kobietą niezwykle obrotną, prowadziła interes, a mąż "czytał książki i łowił ryby" (był bowiem również rybakiem). Pod jej okiem wykształcili się w zawodzie m.in. Piotr Koronkiewicz, Edward Bartoszewicz i Eugeniusz Kozłowski. Przed wojną masarnia kwitła, nie istniały ograniczenia związane z możliwością zakupu żywca. Wędliny z zakładu trafiały nawet do Grodna. Kiełbasy, salcesony, polędwice, szynki, kaszanka ‒ dawni augustowianie doskonale znali te smaki. Zakład działał również nieprzerwanie w czasie wojny, choć już od wejścia Sowietów w formie bardzo ograniczonej.

‒ W 1941 roku cała rodzina spakowała się i przez "zieloną granicę", unikając wywózki, przedostała się do Raczek ‒ kontynuuje pan Andrzej. ‒ Tam, po stronie niemieckiej, pozostawała u państwa Kopiczków ‒ piekarzy, aż do czasów odwrócenia sytuacji na froncie i wojny Niemców z Rosją. Potem babcia wróciła. Ojciec, rotmistrz I Pułku Ułanów, ukrywał się na Zamojszczyźnie.

Jak wtedy funkcjonował interes, trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, że sytuacja stawała się coraz gorsza. W czasach komuny prywatna inicjatywa masarnicza, w dodatku na taką skalę, nie miała racji bytu. A jednak pani Halina dzielnie trwała na stanowisku. Zdaniem naszego rozmówcy z całą pewnością musiała dokładać do interesu, ale nikt nie wychodził ze sklepu z pustymi rękami, nawet jeśli brakowało mu pieniędzy. Czasem pojawiali się strażacy, wpadał milicjant, żeby się "rozgrzać". Pani Helena należała do cechu (zdj.), była też chrzestną matką sztandaru straży pożarnej. ‒ Miała 28 chrześniaków ‒ uśmiecha się pan Andrzej. ‒ Wiadomo, nastały biedne czasy, a chrzestna matka nie odmawia przecież nikomu. Istniały więc jakieś zobowiązania wobec tych dzieci, choćby takie, żeby dać im kawałek kiełbasy.

Doskonałą opinię na temat zakładu i właścicielki potwierdzają też sami mieszkańcy, wspominając przy okazji smakowity zapach, który roznosił się wzdłuż całej ulicy. Choć w przewodnikach turystycznych sprzed lat masarnia funkcjonowała jako zabytkowy augustowski obiekt, niezwykle trudno trafić na jakąkolwiek dokumentację fotograficzną. Zdjęcia, które udostępnił nam nasz rozmówca, pochodzą z końcowego okresu jego istnienia. Na jednym z nich, tuż za panią Heleną, wisi jeden połeć słoniny. Na innym, przedstawiającym wuja pana Andrzeja, widać fragment szyldu.

Pani Helena zmarła 24 września 1984 roku, masarnia istniała do późnych lat siedemdziesiątych. Na miejscu drewnianych zabudowań Rutkowskich znajduje się dzisiaj dom mieszkalny i sklep z odzieżą pana Andrzeja. Starsi mieszkańcy sięgający pamięcią nieco dalej i znający wcześniejszy wygląd tego miejsca wspominają je bardzo ciepło.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.