• 1
  • 2
  • 3
poniedziałek, 15 luty 2016 12:47

Nie dać uciec historiom

Napisała

Z wykształcenia pedagog, z zawodu pracownik ośrodka kultury, z pasji miłośnik lokalnej historii. Marcin Halicki związany z raczkowskim GOK-iem od lat interesujący się historią swoich rodzinnych stron i ceniący sobie urok zdjęć sprzed lat przechowuje i utrwala nie tylko czarno-białe fotografie związane z najbliższą mu okolicą i żyjącymi w niej ludźmi, lecz przede wszystkim płynące z nich opowieści. W rozmowie z nami wspomina o liczących już ponad 20 tysięcy zdjęć zbiorach, fenomenie Raczkowskich Archiwaliów i impulsach do działania.

Skąd nagle pasja archiwisty?

Zaczęło się prawie dwa lata temu, dokładnie w maju 2014 roku, kiedy założyliśmy z kolegą profil facebookowy Raczkowskie Archiwalia. Tak to się rozkręciło, że sam jestem zaskoczony. Na początku miałem naprawdę niewiele zdjęć, głównie stare pocztówki z Raczek. Powoli, powoli zdobywałem dostęp do coraz większych zasobów – zdjęć z albumów rodzinnych różnych osób przedstawiających śluby, pogrzeby, zdjęcia szkolne, architekturę, np. perełki z Dowspudy z pałacem Paca i dworkiem Karcowów.

Nie chodzi więc tylko o odtworzenie i przypomnienie, jak wyglądały Raczki i okolice?

Nie, bo mnie interesują tzw. mikrohistorie. To jest najciekawsze, gdyż każde zdjęcie niesie za sobą opowieść. Architektura to inna sprawa. Odrębną rzeczą są też obrzędy, stare, wymierające tradycje. Przede wszystkim jednak mikrohistorie, zwłaszcza że dużo ludzi tu mieszkających miało szczególne losy. Tu żyli żołnierze, peowiacy, lokalni bohaterowie. Najlepiej jest, kiedy uda się dotrzeć do kogoś, kto może wskazać nie tylko, gdzie dane zdjęcie zostało zrobione i kogo przedstawia, lecz także opowiedzieć o tych osobach.

Największą satysfakcje przynosi zatem rozszyfrowywanie?

Nawet nie to. Mnie najbardziej cieszy, że włączyli się w to ludzie, że oni są aktywni, choć na początku trudno mi było wytłumaczyć, po co ja to robię. Teraz, kiedy wrzucam zdjęcie do Raczkowskich Archiwaliów, od razu pojawiają się polubienia, komentarze. Ostatnio np. dodałem fotografię przedszkolaków z lat 50. Ktoś rozpoznał na nim nie tylko siebie, ale i starostę powiatu suwalskiego. Satysfakcjonują również opinie, zwłaszcza starszych odbiorców. "Właśnie jedziemy do córki, bo ona ma Internet, i wchodzimy na tę pana stronę, by pooglądać" – usłyszałem niedawno. Okazuje się nawet, że niektórzy seniorzy specjalnie pozakładali profile na Facebooku. Mamy też polubienia od ludzi z różnych zakątków świata. I coraz więcej osób, które udostępniają swoje zdjęcia związane z tym regionem.

Twoim zdaniem takie zainteresowanie wynika z sentymentu, poszukiwania swojej tożsamości, potrzeby podzielenia się wspomnieniami, czy może chodzi jeszcze o coś innego?

Nie wiem. Nie odpowiedziałem sobie na to pytanie i chyba nie odpowiem. To jest po prostu fenomen starych zdjęć. Coś w nich jest.

A dla Ciebie, które fotografie są tymi najważniejszymi, najcenniejszymi?

To są zdjęcia Rospudy, z którą jestem dosyć mocno związany. W większości to zdjęcia powojenne, ale mają swój wyraz. Choć nie są super jakościowo, bo tworzyli je amatorzy, ujmują mnie. Najcenniejszymi są zaś te najstarsze, na których są dawne Raczki. Mówi się, że w czasie II wojny światowej miejscowość w czterdziestu procentach została zniszczona. To sporo, choć oprócz zabudowy rynku i kilku budynków "porozrzucanych" po Raczkach, dawnej, drewnianej architektury już nie ma. I te XIX-wieczne przedstawiające różne osoby, na których historie przewijają się w tle. Choć tak naprawdę każde zdjęcie jest dla mnie ważne.

Podobne zdanie powiedziałeś podczas pokazu filmu dokumentalnego i towarzyszącej mu promocji albumu o tym samym tytule "Fotograficzna pamięć. Historia Raczek z rodzinnych albumów". Może przytoczę: "Często jest tak, że jak patrzę na zdjęcia naprawdę kompletnie obcych mi osób, widzę cząstkę swoich własnych doświadczeń, doświadczeń swojej rodziny. Każde zdjęcie jest dla mnie ważne".

Bo ja na tyle mocno identyfikuję się może nie tyle z samymi Raczkami jako miejscowością, bo sam pochodzę z Dowspudy, co z tym terenem. Ważna jest dla mnie historia lokalna, historia tej małej ojczyzny, a zatem i historia żyjących w niej ludzi. To część mojego życia. Widzę też, że dni, które nam uciekają, zostają gdzieś zapisane na tych zdjęciach. I dobrze jest czasami do nich wrócić.

Wracając do fotografii i rozszyfrowywania. Dużo jest takich zdjęć, które pozostają zagadką, bo nie da się rozpoznać ani miejsca, ani utrwalonych na nich osób?

Raczki dobrze znam, więc z miejscami nie ma takiego problemu. Mamy charakterystyczne budowle, np. most kolejowy nad rzeką. Po budynkach można poznać, jaka to jest ulica. A jeśli chodzi o osoby, ludzie na ogół rozpoznają, bo są to zdjęcia rodzinne. Zdarzają się jednak w albumach fotografie przedwojenne i wtedy jest znak zapytania, ciemna plama. Gdzieś ta historia nam ucieka. Często nawet w rodzinach już nie wiedzą, kto na nich jest. To trochę boli, bo pokazuje, że historie rodzinne są zaniedbywane. Ale wspólne dochodzenie pozwala właścicielom albumów poznać losy swoich przodków, na przykład stwierdzić po mundurze, że dziadek był w wojsku, gdzie, kiedy i w jakiej jednostce służył. W każdej rodzinie znajdzie się coś wartego do opowiedzenia.

Kilka zdjęć zostało udostępnionych Muzeum Powstania Warszawskiego. Ostatnio znalazły się w jednej z książkowych publikacji. Okazało się bowiem, że ktoś z powstańców miał tu jakieś rodzinne powiązania. Stają się zatem przydatne dla historyków. A nas cieszy, że można je potem jeszcze gdzieś zobaczyć, że wychodzą na zewnątrz. Zdjęcia z pałacu w Dowspudzie pojawią się np. w moskiewskim wydawnictwie.

Dodam, że nie jestem kolekcjonerem, wśród których panuje moda na wymianę, kupowanie zdjęć na aukcjach, itp. Ja to robię za darmo. W dodatku samo się napędza. I cieszy, że z zebranych materiałów można wydać darmowe książki – pozyskujemy na nie środki z projektów, by nie obciążać budżetu gminy i GOK-u – które przynoszą zadowolenie mieszkańcom. Ostatnia, album "Wpisani w Rospudę", była na tyle interesująca dla ludzi, że na grudniowe spotkanie promocyjne przyszły tłumy. Pojawili się zarówno starsi, jak i młodsi. W tym rzecz, żeby dotrzeć do wszystkich. Staramy się więc tę kulturę dawać za darmo. Głównie tą wyższą, skierowaną do węższego grona, np. niedawny koncert jazzowy. Nie zapominajmy, że ośrodki kultury są po to, by ludzi edukować. To najważniejsze, zwłaszcza na wsi. Nie wystarczy zorganizować festyn z muzyką disco-polo. Nie o to chodzi. Mimo skromnego budżetu staramy się działać. W ubiegłym roku oprócz stałego grafiku zajęć i wydarzeń mieliśmy ok. 70 dodatkowych pozycji.

Jest już pomysł na kolejny projekt?

Z kolegą chcemy nagrać film o dawnych raczkowskich muzykantach i orkiestrze, która ma u nas bogatą, jeszcze przedwojenną tradycję. Do filmu dołączymy wystawę zdjęć, może w nieco innej formie niż ta naścienna, tradycyjna. W tym roku obchodzimy czterdziestolecie istnienia naszego ośrodka kultury, a że orkiestra to taka pierwsza zorganizowana kultura w Raczkach, może uda się rozpocząć ten jubileusz od wspomnień o niej.

Życzymy zatem realizacji planów.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

MIRAD - Bar przy kominku
Weterynarz
DrewSot
KA-MIX