• 1
  • 2
  • 3
czwartek, 30 lipiec 2015 14:22

"On z piasku sznurek by ulepił"

Napisał

Tak mówią o nim znajomi. Indywidualista, któremu wychodziło wszystko, czego się podjął. Tworzył surrealistyczne rzeźby z konarów drzew, o których mógł opowiadać godzinami. Jako jeden z nielicznych umiał żyć oko w oko z przyrodą, znał jej rytm, prawa i skrupulatnie je badał. Bronisław Skowroński zmarł sześć lat temu, ale wśród rodziny, znajomych i tych, którzy go znali, pozostawił niezatarte wrażenie.

Zielona bramka na leśnej drodze za Sajenkiem. Za nią tablica informacyjna z lat 80. i droga. Na jej końcu dom, nieużytkowana szkółka leśna, warsztat, porośnięta mchem piwnica z drewnianym jaszczurem nad wejściem. ‒ Rzadko tu teraz przyjeżdżam ‒ mówi pani Jadwiga, córka Skowrońskiego ‒ ale cały czas mam wrażenie, jakby nadal tutaj był. To wszystko podporządkowane było ojcu, takie jego królestwo, jego życie.

– W kalendarzach zapisywał każdy dzień. Jaki wiatr, jaki ptak zaśpiewa w tym dniu ‒ dodaje, pokazując prowadzone od lat 80. kolejne dzienniki. "W tym roku odwiedziły moją działkę 82 samochody. Byli to Belgowie, Holendrzy, Niemcy, Amerykanie i sześciu Francuzów. Jeździłem z nimi po puszczy" ‒ czyta jeden z zapisów pani Joanna, druga z córek.

Początki

‒ Lubił wprowadzać coś nowego ‒ zgodnie przyznają nasi rozmówcy: pani Jadwiga, Joanna i pan Stanisław, z którymi spotkaliśmy się na posesji w Sajenku. ‒ Jakieś 50 lat temu już sprowadzał nasiona, siał brokuły, sadził patisony. Były też u nas rodzynki, jeszcze w czasach, kiedy nikt nie uprawiał tego na naszych terenach.

– Kiedy patrzę na trzydziestoletnie świerki i tuje pod szkołą w Bargłowie, to w każdym tym drzewie widzę cząstkę mojego ojca ‒ mówi pani Jadwiga. ‒ Był pierwszą osobą w regionie, która założyła szkółkę leśną. Należał do Ligi Ochrony Przyrody. Kiedy szkółek pojawiło się więcej, całą swoją miłość przeniósł do Sajenka. Tutaj utworzył szpaler z drzew ozdobnych, zbudował warsztat, mniej więcej 36 lat temu. Z czasem powstało muzeum.

Węże i jaszczury

‒ Całe życie rzeźbił ‒ uśmiecha się pani Jadwiga. ‒ Wiosną i latem w warsztacie, zimą w domu. Wieczorami przy lampie naftowej, potem gazowej. Pamiętam świeczki w słoikach i całą podłogę w kuchni zarzuconą konarami drzew. Ojciec ich nie wycinał, tylko jechał rowerem i zbierał, kupował. Godzinami potrafił o nich opowiadać. Dla mnie to zwykłe gałązki, kawałek patyka. Trzeba w nich coś widzieć. On widział. Nieraz jakiś ząbek dokleił czy uszko, ale raczej nie poprawiał natury.

Wchodzimy do omszałej piwnicy znajdującej się naprzeciwko domu. Mimo upalnej pogody wewnątrz panuje chłód. ‒ Naszym przyjacielem był dyrektor CRS pan Werner. Oni produkowali hangary dla samolotów, łuki z nich przywieźli tutaj ‒ objaśnia pani Joanna. ‒ Ojciec doszedł do wniosku, że trzeba z nimi coś zrobić i zbudował tę piwnicę-muzeum. Co najmniej 10 lat temu jeszcze funkcjonowało. Nie było stałych godzin otwarcia, przyjeżdżały wycieczki zamawiane ze szkół. Pojawiał się Andrzej Strumiłło i dziennikarz Antoni Lemiesz. Wielu ludzi. Ojciec potrafił nawet późnym wieczorem zaprosić tam chętnych i godzinami opowiadać.

Oglądamy część zbiorów, które po sobie pozostawił. Pod jednym ze stołów stoi karton z częściowo przygotowanymi do pracy drewnianymi pamiątkami. Nie ukończył ich. Nie zdążył. Po jego śmierci większa część eksponatów została przeniesiona do budynku Żeglugi. Tam można je dzisiaj oglądać.

‒ Chcieliśmy, by ludzie mieli okazję to jeszcze zobaczyć ‒ wyjaśnia wnuczka Bronisława Skowrońskiego. ‒ Nikt nigdy nie wpadł na pomysł, by wszystko to opisać, zwłaszcza gawędy dziadka. Rzeźb nie sprzedawał. Jego praca nad nimi polegała na tym, że zdejmował korę, szlifował. Chodziło też o to, że potrafił znaleźć taki a nie inny kształt. W lecie pracował w warsztacie, chociaż to w zasadzie nie był typowy warsztat, ale miał tam swoje narzędzia. Zimą szedł do domu. Pamiętam te trociny w kuchni. Babcia zawsze się denerwowała. Lubiłam chodzić z nim po lesie i do tego muzeum w Sajenku, lecz mnie bardziej interesowały rośliny. Przyjeżdżały różne grupy, sam je oprowadzał. Opłat nie pobierał, ale można było coś dać. Taka skarboneczka tam stała. Nam, z bratem, coś tam zawsze z tego skapnęło, więc pomagaliśmy pajęczyny pozbierać czy pozmiatać igły. ‒ Czy wystawę w Żegludze odwiedza sporo osób? ‒ pytamy. – Sporo ‒ śmieje się. ‒ Raz przyszła grupa dzieci, które oceniły, że to wszystko takie straszne, poplątane. Ale rzeźb dalej nie sprzedajemy.

– Dziadek miał też zakład bednarski, robił beczki. Jedną z nich podarował papieżowi podczas jego wizyty w Augustowie. To był człowiek, który dążył do celu. W sprawach, o których wiem, zawsze mu się udawało ‒ dodaje jeszcze na zakończenie.

Takich ludzi już nie ma

‒ Człowiek godny naśladowania. Był wzorem. Bardzo pracowity, dokładny ‒ opisuje Skowrońskiego po chwili zastanowienia pan Stanisław. ‒ Miał od Boga coś takiego, że ludzi potrafił do siebie przyciągnąć. Umiał opowiadać. Obserwował przyrodę, wiedział, kiedy ptak śpiewa na pół nuty, ćwierć nuty, na całą nutę, i ile potrwa zima. Zapalony wędkarz i grzybiarz. Łódki robił, narty. Koziołki do piłowania drzewa. Można z nich było jeszcze stół skonstruować ‒ wymienia. ‒ Liczył znaczone emulsją zaskrońce. ‒ To było dziwne ‒ dodaje pani Jadwiga. – Wtedy całe ich kłęby można było znaleźć nawet w okolicach domu. Bałam się zejść nad wodę. Teraz prawie wszystkie znikły i mogę spokojnie dojść do jeziora. ‒ Zimową porą dokarmiał ptaszki. Sam dowoziłem worki z ziarnem słonecznika. Wystarczyło, żeby wyciągnął garść ziarna z kieszeni i sikorki z lasu od razu zlatywały mu na rękę ‒ kontynuuje pan Stanisław. ‒ Trzy lata przed śmiercią miał plany na 100 lat życia.

Posesja w Sajenku to nie tylko dom, warsztat i muzeum, to wypielęgnowany fragment lasu, zarośnięte dzisiaj pozostałości po szkółce leśnej, z drogą nad brzeg jeziora i dwoma drewnianymi pomostami. Obok stojącego w głębi domku letniskowego spotykamy trójkę osób należących do rodziny i znajomych pana Skowrońskiego. ‒ Dziadek z rana wstawał i obchodził cały las naokoło. Potem przychodził do nas. "Wstaliście?" krzyczał ‒ wspominają.

‒ Dziś już nie ma takich ludzi. To po prostu był człowiek, który sznurek z piasku potrafił ulepić – podsumowuje jeden z nich. – Kiedyś sam jeździłem po lesie, zbierałem borowiki i przywoziłem mu robaczywe. A on i tak rozsiał je i wyrosło cale pole. Prawdziwy przyrodnik. Zapalony i konsekwentny. Nie pozwalał zrywać grzybów, trawek, jagód. Wszędzie stały kosze na śmieci. Bardzo tego pilnował. Był natomiast niezwykle kontaktową osobą. Jedyną w swoim rodzaju.

Opuszczamy posiadłość, pozostając pod wrażeniem klimatu tego miejsca, w którym ślad właściciela można odczuć nawet dzisiaj. Choć już niestety tylko częściowo.

Więcej w tej kategorii: « W rytmach Łąki Łan Nocne historie »

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot