• 1
  • 2
  • 3
czwartek, 20 sierpień 2015 17:27

Teatr-Akcje za nami

Napisał

Tegoroczna edycja suwalskich Teatr-Akcji przyciągnęła sporą liczbę widzów i zdaniem samych organizatorów była przedsięwzięciem udanym. Nic dziwnego, bowiem oferta programowa była niezwykle zróżnicowana – od typowych wykonań scenicznych, poprzez teatr tańca, performance, aż do spektakli poruszających problemy społeczne i psychologiczne.

W szczególny nastrój wprawiła wszystkich katastroficzna opowieść o końcu świata wzorowana na tekście "Króla Leara" Williama Shakespeare'a oraz m.in. na prozie Kurta Vonneguta i Thomasa Eliota. Dwie aktorki, posługując się własnoręcznie wykonanymi maskami, tuż obok zniszczonego muru kamienicy na zapleczach Archiwum Państwowego w Suwałkach odegrały wieloznaczną opowieść o rodzinnej tragedii, końcu królestwa i samego świata zatytułowaną "Skończyły nam się dni".

Ogromne zainteresowanie wywołał występ podopiecznych ośrodka dla bezdomnych w Poznaniu, którzy zdecydowali się zagrać siebie i uwidocznić zebranym, że między bezdomnością a ułożonym życiem istnieje bardzo cienka granica. "Nie mam domu od 1999 roku", "zajmuję się teatrem, literaturoznawstwem", "liczę na to, że jeszcze zobaczę córkę", "marzę tylko o jakieś pracy i pokoju z kuchnią" – padały deklaracje z wyświetlanych przed spektaklem rozmów z aktorami. Wikingowie to ci, którzy się "nie dali". Siedząc w kartonowych pudełkach i unosząc w górę piersiówki z trunkiem postanowili coś zrobić ze swoim życiem – wystąpić w teatrze. Jak wyjaśnili podczas panelu dyskusyjnego po spektaklu, wszystko zaczęło się od pomysłu przekonania władz Poznania do założenia ogrzewalni i z czasem przerodziło się w cykl występów w Polsce. Szczególną rolę w "Wikingach" odegrał Piotr, który, choć nie był nigdy bezdomnym, po śmierci jednego z aktorów zgodził się zagrać jego rolę. Jeszcze przez długi czas w klubie festiwalowym toczyły się rozmowy o roli państwa w całej sprawie, sytuacji bezdomnego, który wybiera ośrodek, ulicę lub próbę zbudowania normalnego życia, oraz tym, że wielu z występujących na scenie za spełnienie marzeń uważa już swoją sceniczną karierę.

Szczególnym punktem programu okazało się przedstawienie "Jesteśmy przynętą, kochanie". Jak wyjaśniła reżyser Agnieszka Wąsikowska, powstało ono na podstawie rozmów, jakie prowadziła na Facebooku ze swoim przyjacielem Marcinem, który wyjechał na Majdan. Poza Marcinem młodzi aktorzy osobiście poznali granych przez siebie bohaterów: Nataszę z pogmatwaną przeszłością oraz Dantego, który, choć deklarował chęć normalnego życia, w głębi serca wolał grać na ulicy. Wszyscy oni spotkali się na Majdanie, gdzie rozegrała się historia ich przyjaźni, podczas gdy groza całej sytuacji i nieustanne zagrożenie zeszło na drugi plan. To miejsce stało się azylem, potrzeba rewolucji – sensem życia i schronieniem. Spektakl uzupełniały nagrania video z Majdanu. Białe koszulki widzów świecące w ciemności i kontury ofiar wyrysowane na podłodze miały przypomnieć, że i taką metodę stosowano na Majdanie – strzelano do protestujących farbą fluorescencyjną, by potem łatwo było ich namierzyć.

"Różnica i Powtórzenie" Macieja Kuźmińskiego, mimo skąpej scenografii i jednostajnego klimatu, przykuły uwagę widzów głównie za sprawą niezwykle skomplikowanych sekwencji ruchowych wymagających od aktorów nieludzkiej wręcz koncentracji. Reżyser, wyjaśniając koncepcję artystyczną, mówił o poszukiwaniach samego siebie, autobiografizmie, inspiracji Williamem Forsythem, interpretacjach teatru tańca oraz sposobach zapamiętania i odegrania na scenie lustrzanych ruchów z "Powtórzenia". Rozmawiano o muzyce poważnej i o tym, jakie wartości można odkryć w przesłuchanych we wnikliwy sposób fragmentach "Czterech pór roku" Vivaldiego, działalności Matthew Bourne'a i roli wykorzystanych w przedstawieniach nagrań szumów z Czarnobyla zarejestrowanych przez Kierkegaarda, sztuce, filozofii oraz twórczej ekspresji.

W zupełnie inną stronę wybrały się twórczynie spektaklu "Gdzie jest K". Trzy aktorki, w różnych momentach życia, zdecydowały się w bezpośredni i emocjonalny sposób wyrazić prywatne dylematy związane z odkrywaniem własnej kobiecości towarzyszące im na co dzień. Do uzewnętrznienia swoich przeżyć wykorzystały teksty literackie (prozę Cortazara, inicjację z "Ulissesa" Joyce'a, krótkie formy Aglai Veteranyi, "Sońkę" Karpowicza) i własnego autorstwa (np. "Litanię do Nie-Bożej matki"). "Masz trzydzieści lat, tylko nie zrób głupstwa", "pokazać wam ciało to jedna rzecz, a pokazać mnie to co innego. Bo ja nawet nie wiem, czy jestem tym ciałem" – padało ze sceny. Choć spektakl był odegrany przez kobiety, stanowił także apel do mężczyzn. – Czy kobiecość jest tym, co dostajemy w kulturze, czy jest to wygodne, czy rodzi się w momencie dojrzewania, urodzenia dziecka lub w czasie starości? Czy nas rozwija, czy krępuje, czy da się odwiesić, jak sukienkę do szafy i włożyć inną? My wciąż nie wiemy. Jest to też próba zaproszenia mężczyzn do naszej kobiecości. Powiedzenia, że nie jest łatwa, że ich sposób widzenia nas nie musi być taki, jak same na siebie patrzymy – wyjaśniały aktorki po spektaklu, który, choć kameralny, wywołał wyjątkowo ożywioną dyskusję.

Teatr-Akcje zakończył występ Jana Peszka, który wykonał monodram "Scenariusz dla nieistniejącego choć możliwego aktora instrumentalnego" napisany specjalnie dla niego przez Bogusław Schaeffera. Poważny i skonkretyzowany traktat o roli aktora sprowadzony do twórczej błazenady stał się prześmiewczą i niezwykle celną satyrą dotyczącą nie tylko sztuki, lecz także kondycji współczesnego człowieka w ogóle. W trakcie długiej dyskusji po występie Jan Peszek opowiadał o swojej twórczej drodze, znajomości z Schaefferem oraz projektach scenicznych, np. odgrywanej w teatrze mszy świętej.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot