• 1
  • 2
  • 3
piątek, 20 lipiec 2018 18:21

,,Sława w ogóle nas nie interesuje'' - rozmowa z zespołem Lonker See

Napisane przez MT
,,Sława w ogóle nas nie interesuje'' - rozmowa z zespołem Lonker See fot. APK

Rzadko zdarza się spotkać zespół, który autentycznie gra bez przerwy. Z pewnością takową grupą jest Lonker See, którzy w tym roku odwiedzili Augustów. Sami nie potrafią określić gatunku w jakim tworzą, a ich koncerty mają niepowtarzalną otoczkę autiowizualną. 

Państwa zespół nazywany jest jazzowym, ale zauważyłem, że nie zgadzają się państwo z tą ,,łatką’’, wobec tego jakiej muzyki gracie najwięcej?
Tak naprawdę jest to niedookreślenia. Wszyscy próbują to zrobić. My gramy to co lubimy, a dziennikarze wrzucają to w szufladki. Jest to jakieś pogranicze, ale nie tyle jazzu, co muzyki improwizowanej. Przez instrumentarium narzucane są pewne skojarzenia, ale nazwałbym to po prostu muzyczną improwizacją, a nie starał się przypisać do konkretnego gatunku.

Co sprawiło, że zdecydowali się państwo założyć zespół?
Było to tak dawno... Ale chyba naturalny zew, w końcu trzeba coś robić w życiu. Zespół powstał jako duet. Miesiąc później mieliśmy inny skład i naturalną konsekwencją było przeobrażenie naszej dwójki. Brakowało nam trochę hałasu gdyż piosenki był spokojniejsze, więc zaprosiliśmy do współpracy chłopaków i teraz wygląda to jak wygląda. Pierwszych początków zespołu trzeba by szukać w dzieciństwie. Kiedyś złapało się gitarę i zaczęło grać.

Jakie były wtedy młodzieńcze inspiracje?
W dzieciństwie słuchało się klasyki rocka. Ojciec Asi jest dużym fanem Pink Floydów, więc już jako dzieciak ich poznała. Ja pamiętam, że – jestem rocznik ‘83 - dzięki koledze w ‘94 zawładnął mną Mark Cobein i mniej więcej w tym samym czasie była też Nirvana. Ciągle łapaliśmy jakiegoś bakcyla na muzykę, bardzo trudno mówić o konkretnych zespołach, bo słuchamy naprawdę wszystkiego i zawsze tak było. Nie ma znaczenia, czy to jazz, czy to metal, bądź blues – byle było dobre.

Powiedział pan jednak, że pierwszy był rock, a jak mogły być w obecnych realiach, pop?
Niekoniecznie. Myślę, że człowiek wewnętrznie szuka tej buntowniczej muzyki. Gdybym miał zacząć w obecnych trendach, prędzej poszedłbym w techno (śmiech). Może w hip-hop. Nie jest tak, że rock nie żyje. Mass-media karmią nas popem. W tamtym czasie były stacje, które grały głównie rocka. Jestem jednak zdania, że zależy to od natury. Ja chwyciłem gitarę i tak się rozwinęło.

Do kogo skierowany jest państwa repertuar?
Koncerty gramy dla wszystkich tych, którzy lubią muzykę improwizowaną i trochę hałasu. Płyty są dużo spokojniejsze, a koncerty gramy znacznie bardziej żywiołowo. Mamy też bardziej otwartą głowę. Nigdy nie jest to odegranie albumu 1:1. Mamy dużo miejsca na improwizację i zabawę. Generalnie nie reklamujemy się, bo to nas reklamują (śmiech). Od dwóch lat gramy bardzo dużo koncertów, ale trzeba było na to zapracować. Większość ludzi, dziennikarze, a nawet podchodzący po autografy mówią, że płyta a koncert to dwa diametralnie różniące się światy. Dlatego myślę, że warto to robić.

Jeden z muzyków, z którymi miałem okazję rozmawiać, powiedział, że sprawdził czym jest sława, i okazało się, iż nie jest mu ona potrzebna. Jak państwo myślą?
Sława w ogóle nas nie interesuje. Nas interesuje tworzenia. Gramy przede wszystkim dla siebie. Nie jest to swego rodzaju pogoń, czy coś podobnego. Nie identyfikujemy się z osobami, które chcą za wszelką cenę zarabiać na muzyce. Będąc na koncercie słyszy się co gramy – ciężko dotrzeć z tym do szerokiego grona odbiorców, nie ukrywajmy. Jak wspomniałem, robimy to dla siebie, a jak przy okazji udaje się coś z tego wyciągnąć w kwestii finansów, to tylko plus.

Kiedy nastąpił przeskok z hobbistycznego pogrywania na zawodowe koncertowanie?
Nasz kariera zawodowa jest troszkę bardziej skomplikowana. Nie utrzymujemy się wyłącznie z muzyki. Asia jest grafikiem, ja - DJ’em, więc staramy się wykonywać wolne zawody związane artystycznie. Nie jest jednak tak, że Lonker See to zespół, dzięki któremu możemy pozwolić sobie na to, żeby wszystko inne rzucić i oddać się muzyce. Traktujemy to jednak bardzo poważnie. Nie jest tak, że odpuszczamy. Wręcz przeciwnie, gramy kiedy się da. Jest to nasz priorytet, ale poza tym trzeba dorabiać, bo ciężko się żyje z muzyki alternatywnej w tym kraju (śmiech).

Ale dążą państwo do uniezależnienia się od innych zajęć?
Jasne, że tak. Każdy wyobraża sobie, że najlepiej byłoby robić co się kocha, i z tego się utrzymywać. Jak mówiłem, zarobek nie jest priorytetem. Jest nim ciągła realizacja. Nie ma mowy o robieniu czegoś pod coś. Mamy być naturalni. Jeżeli przy okazji uda się zarobić, to super; jeżeli nie – trudno.

Zdarza się improwizować na scenie?
Cały czas. Jest bardzo dużo improwizacji. Na płycie są, powiedzmy, szkielety nagrań i ułożone motywy. Gramy ten motyw, a potem jest 5-7 minutowe przejście, w którym każdy robi co chce. Myślę, że Tomek nigdy nie zagrał tak samo żadnego kawałka, ja również. Zresztą na tym polega cały urok tej muzyki. Dlatego mówię, że jest bardziej improwizowana, niż dozowana. Tutaj nie ma tematów. Będąc na dziesięciu koncertach, materiał pokrywałby się w 10%. Reszta to luźna forma. Mamy zaplanowaną sekwencję z dzwonkami, ale ten motyw jest też na płycie. Czasami trwa 10 minut, a czasami 5.

Skąd wziął się pomysł na wykorzystanie dzwonka?
Poszukiwanie. Jesteśmy zespołem poszukującym. Na tym polega tworzenie tego typu muzyki, że człowiek nie ogranicza się to tego, iż gitara ma sześć strun. Saksofon jest przefiltrowany ja się da. Wszystko to jest jakimś tam procesem: budzisz się rano, słyszysz jakiś dźwięk, i próbujesz go znaleźć. Tak to działa.

Tym muzycznym akcentem możemy zakończyć naszą rozmowę.

Rozmawiał: Maciej Trojanowski

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

KA-MIX
DrewSot