• 1
  • 2
  • 3
środa, 15 kwiecień 2015 20:44

Miasto nie potrzebuje pieniędzy

Napisała

Właściciel toru kartingowego, Grzegorz Kolendo, od 9 lat regularnie zasilał miejski budżet. Tor stanowił znaną atrakcję, ścigali się u niego i bawili zarówno mieszkańcy Augustowa, jak i turyści, wśród których niejednokrotnie dostrzec można było znanych aktorów i dziennikarzy. W tym roku usłyszał, że jego działalność jest uciążliwa, a dzierżawa gruntu, na którym ją prowadził, stanęła pod znakiem zapytania.

– W połowie stycznia otrzymałem pismo od nowego burmistrza, że lokalizacja toru kartingowego w tym roku nie jest możliwa. I tyle, bez uzasadnienia. Przyjechałem i usłyszałem, że nie ma takiej opcji – opisał nam zaistniałą sytuację.

Zdziwienie właściciela toru taką decyzją było tym większe, iż, jak nam powiedział, od poprzedniego włodarza miasta miał zgodę na jego instalację na okres trzech lat. Uzyskał ją w październiku po złożeniu stosownej oferty i choć nie jest ona równoznaczna z podpisaniem umowy na dzierżawę, dała mu zielone światło. – Zainwestowałem 20 tys. zł w nowe deski z tartaku, bo trzeba je stale wymieniać. Kupiłem włoskie gokarty dla trzylatków. Moja działalność to atrakcja skierowana do całych rodzin. Niektórzy przychodzą tu każdego dnia, nawet po kilka razy. Chętnie uczestniczą w tego typu rozrywce. Czy to nie działa na rzecz promocji Augustowa?

Grzegorz Kolendo próbował przekonać o tym burmistrza i radę miasta. Zabierał głos na sesji i na komisji rozwoju, starając się obalić tezę o zakłócaniu wypoczynku nad Neckiem, w pobliżu którego funkcjonował jego tor. – Pokazałem badania hałasu, które wykazują, że mieści się on w strefie hałasu komunalnego, co oznacza, iż nie jest uciążliwy dla środowiska, dla otoczenia. Zapytałem też, co z imprezą Endurance. Jak łodzie wytrzymałościowe przez dwa dni od rana do wieczora piłują silniki po jeziorze, to nie jest dokuczliwe? A gdy uruchamiane jest nagłośnienie w amfiteatrze? Żeby jeszcze bardziej unaocznić panu burmistrzowi, że działanie toru nie przeszkadza dla otoczenia, wybrałem się z kawałkiem papieru w stronę posiadłości mieszczących się w bezpośredniej strefie jego oddziaływania. Właściciele wszystkich, a jest tam kilkanaście domów, złożyli swój podpis pod wnioskiem, że nie jest to dla nich uciążliwe.

Jak wynika z przedstawionej przez niego relacji z przebiegu komisji, udało się nakłonić władze miasta do zmiany decyzji. Na jednej modyfikacji zdania się jednak nie skończyło. – Najpierw była mowa, że muszę poszukać innego miejsca – opowiada właściciel toru – Paru radnych zdecydowanie opowiedziało się jednak za tym, żeby mnie jeszcze zostawić na tym samym terenie, bo za późno dowiedziałem się o zmianie lokalizacji. Miałem nadzieję, że pozostawienie w tym samym miejscu oznacza, że usytuuję ten tor w konfiguracji, jaką miał w roku ubiegłym. A to dlatego, że mam tam wszystko zapalikowane, wiem, gdzie co ułożyć, aby jedno przęsło pasowało do drugiego. Montaż to jak składanie kloców lego. Pochłania dużo czasu. Tor to nie budka z piwem, lodami czy hamburgerami, gdzie przyjeżdża się na kółkach, poziomuje, podłącza media i możemy już tego samego dnia handlować.

I choć niby wszystko zostało wyjaśnione, umowa wciąż nie została zawarta. Po raz kolejny zmieniła się też decyzja odnośnie do umiejscowienia toru. – Lokalizacja została przesunięta o kilkadziesiąt metrów od jeziora w stronę rozbieranego budynku po dawnej dyskotece. To jeszcze bym przebolał, bo ważne, że miałem zostać w okolicy plaży. Czekało mnie tylko przycinanie elementów, łapanie kątów, by złożyć tor w nowej konfiguracji. W dodatku trzeba było ściąć dwa drzewa. Zostało nawet uzgodnione które, a urzędnicy nie widzieli przeszkód, aby wydać zgodę na wycinkę. Zależało mi tylko, żebym mógł tam wejść z dniem 30 marca, żeby tor mógł zacząć funkcjonować od 1 maja. Taki termin uzgodniłem z burmistrzem. Podobnie jak to, że miasto nie pobierze żadnych opłat za okres montażu i demontażu a jedynie za rzeczywisty czas działania toru. Kiedy już wynająłem samochód do przewozu desek i przyjechałem z ekipą, by zacząć montować tor, dostałem wiadomość, że do czasu podpisania umowy, co zgodnie z nadesłanym pismem miało nastąpić 20 kwietnia, nie mogę wjechać na ten teren, bo byłoby to niezgodne z prawem. W tym momencie się pogubiłem. Co innego przecież zostało ustalone. Czy nie można było umowy podpisać wcześniej? – tłumaczył, nie kryjąc zniecierpliwienia.

Jak zaznaczył, dla niego miesiąc opóźnienia to straty, a liczy się każdy grosz, gdyż cały dochód z jednego sezonu musi mu wystarczyć na przeżycie do kolejnego. To główne źródło utrzymania pięcioosobowej rodziny. – Jeżeli burmistrz potrafi z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień zmieniać swoje decyzje, to doszedłem do wniosku, że współpraca z urzędem miasta jest dla mnie zbyt ryzykowna. Wybrałem wobec tego prywatny plac, na którym, mam nadzieję, się utrzymam. Nie wiem tylko jak długo – poinformował o swoich zamiarach. – Dziewięć lat funkcjonowałem w Augustowie, nikomu nie przeszkadzało. Przyszły wybory, przyszła nowa władza, wszyscy cieszyli się, że nastąpi rozwój, a okazało się, że tylko kłody pod nogi kładzie – zakończył z goryczą.

Pana Grzegorza zastaliśmy przy pracy na nowym placu. Tor będzie nieco krótszy ze względu na mniejszy powierzchniowo teren, ale wkrótce ruszy. Tym samym jest już pewne, że do miejskiej kasy trafi w najbliższym roku kilkanaście tysięcy złotych mniej.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot