• 1
  • 2
  • 3
sobota, 22 sierpień 2015 13:19

Zawsze w biegu

Napisał

Jan Sierocki od lat biega w maratonach. Jest też jednym z pierwszych augustowian, którzy zajęli się profesjonalnie tą formą sportu. Wziął udział we wszystkich ważniejszych biegach w Polsce i na świecie. I wciąż można go zobaczyć na trasie. O tej wieloletnie pasji rozmawiamy z nim osobiście.

Od zawsze miał Pan bieganie we krwi, czy w pewnym momencie życia coś Pana szczególnie do niego zmotywowało?

Jak każdy chłopak w dzieciństwie grałem w piłkę, pływałem. Kiedy mieszkałem jeszcze w Radomiu, usłyszałem o warszawskim Maratonie Pokoju. To był 1989 rok. I przyszło mi do głowy, że dobrze byłoby spróbować go przebiec. Potem przeprowadziłem się do Augustowa. Założyłem rodzinę. Ale pomysł pozostał. Żeby dodatkowo się zmobilizować, założyłem się z kolegą, że za rok wystartuję w tym maratonie. I wtedy zaczęło się na poważnie.

To znaczy?

Na początku zaczynałem jak każdy śmiertelnik. Dobiegałem półtora kilometra do rodziców na Szpitalną – kompletna zadyszka, herbatka i piechotą do domu. Ale już po tygodniu trasę w obie strony pokonywałem bez trudu i stopniowo zwiększałem dystans. Po roku zrealizowałem zakład. Do dzisiaj biegam pięć razy w tygodniu, poza sobotą, która cała pozostaje dla rodziny. Przy intensywniejszym treningu jeden dzień z siedmiu wyznaczam na odpoczynek. Maratony pokonuję ze średnią prędkością 3 h 30 minut, gdyby uogólnić własne możliwości.

Wróćmy do pierwszego z nich.

Okazało się, że mimo iż odbył się w końcu września, tego dnia padał śnieg. Było zimno, o profesjonalnym stroju nikt jeszcze nie słyszał. Musiał starczyć zwykły bawełniany dres i trampki, bo adidasy kosztowały koszmarne pieniądze. Ale mój pierwszy czas, 4 h 09, wystarczył na ukończenie biegu. I oczywiście tymczasowa decyzja, że na tym koniec, że wszystko boli i na pewno już nigdy więcej. A tymczasem na mecie ten błysk w oku i zupełnie poważne pytanie kolejnego dnia od kolegi: "to kiedy następny maraton?"

Trudno było uzyskać zgodę na start?

Nawet z opisaniem biegu był wtedy problem. Na pismo do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki do dziś nie dostałem odpowiedzi, za to miasto poinformowało, że moja prośba została przekierowana do organizatora maratonu i mam czekać na kartę zgłoszeniową, która nadeszła po tygodniu. Kolejne maratony wyglądały podobnie. Człowiek dowiadywał się o nich przypadkiem. A potem na szczęście pojawił się Internet.

Sytuacja w Augustowie bardzo się zmieniła pod względem tego sportu w porównaniu do dawnych czasów?

Kiedy zaczynałem, było nas, maratończyków, może trójka. Chociaż śmieję się, że ja pierwszy publicznie pojawiałem się w mieście trenując. Inni nawet nie ryzykowali, że ktoś będzie wytykał ich palcami z komentarzem "ten pan biega w rajstopach". Czasem na lycrę nakładało się krótkie spodenki (śmiech). W zeszłym roku w Półmaratonie Augustowskim wystartowało 70 osób z naszego miasta. To rewelacja. Pod względem liczby biegaczy przypadającej na mieszkańców miejscowości jesteśmy chyba w polskiej czołówce. W samej sekcji biegowej działającej przy ATP (Augustowskim Towarzystwie Pływackim) biega 40 zapaleńców. A pozostaje drugie tyle wolnych strzelców.

Jak pomaga Pan sobie podczas biegu?

Kiedyś, gdy dokuczała temperatura, używało się wody z miodem i solą. W tej chwili dostępne są już różne izotoniki czy żele energetyczne. Sam używałem ich ostatnio w Gdańsku. Śmieję się, że kiedy "czapka robi się za ciasna", a przecież nie zmienia swojej objętości, trzeba zwolnić, żeby zredukować ciśnienie. Podstawa to nie szarżować, bo potem lawinowo traci się na mecie. Teoretycznie na samym początku człowiek ma siły. Trzeba umieć samego siebie hamować. Kiedy przegania mnie jakaś grupka, nie muszę do niej dorównać. Jeśli będę mocny, to ją dogonię. Po ukończeniu 84 maratonu dobrze zna się swój organizm. Powiedziałbym nawet, że biega się już trochę rutynowo. Ale zdecydowanie przyjemność zostaje. Człowiek przed każdym startem jest podekscytowany.

Które z biegów przyniosły Panu największą satysfakcję albo szczególnie zapadły w pamięć?

Każdy przynosi satysfakcję. Największe wrażenie robią maratony, ale wszystkie biegi mają swoją specyfikę. Zresztą nie każdym biegiem człowiek żyje. Maraton Berliński to 36 000 ludzi, trochę jakby wystartowała cała gmina Augustów. Kameralne zawody liczą po 50-60 osób, gdzie każdy zna się z imienia. Często start w zawodach łączy się ze zwiedzaniem miejsca, jedzie się tam z rodziną albo grupą sportową. Ale gdybym miał wymieniać te najważniejsze to z wiadomych względów pierwszy, w którym wystartowałem, Maraton Berliński, ponieważ jest największy, nie wspominając o samym "odlocie" organizacyjnym, oraz klasyczne Ateny

W tym roku w maratonie "Solidarności" zajął Pan szóste miejsce. Jak było?

Gorąco i dosyć uciążliwie. Zacząłem bardzo wolno. Zdziwiło mnie, że na 800 osób, które wystartowały, na pierwszej piątce prawie połowa była przede mną. Stwierdziłem, że to szaleni ludzie, bo dopiero zaczynał się upał, a tym tempem nie da się przebiec całej trasy. Poza tym wiedziałem, że tylko jakiś procent zawodników jest lepszy ode mnie. Reszta musi zostać. I została.

Co daje Panu ta pasja na co dzień?

Przede wszystkim jestem zdrowszy. Zawód posiadam raczej "siedzący" – szewc, ale bieg daje odstresowanie. Poza tym sądzę, że osoby biegające są bardziej pogodne i życzliwe, także komunikatywne, bo przecież pomagamy sobie nawzajem. Pozostają również turystyczne korzyści.

I potężne dotlenienie.

Chyba że zawody odbywają się w większym mieście. Tam raczej trudno się dotlenić. Za to po Warszawie na przykład bardzo dobrze jeździ mi się samochodem, bo w dużej części ją sobie już obiegłem. Zakładam zawsze po 5 maratonów rocznie, chociaż naturalnie nie wszystkie na "życiówki". Mój rekord 3h 17:31 zdobyłem 8 lat temu w Gdańsku. W tym roku zabrakło mi do niego 40 sekund, więc, pomimo starszego wieku, nie jest chyba tak źle.

Zapewne rodzinę również udało się Panu zarazić swoim trybem życia?

Na początku wszędzie jeździła ze mną żona. Czasem jest tak, że ja biegnę, a ona jedzie rowerem. Syn też biega. Na razie nie w maratonach, ale w połówkach już startował. Gdy miał 16 lat, byliśmy razem w Węgorzewie. Na mecie nie miałem z nim szans. Kiedyś koleżanka żony zafascynowana moimi relacjami postanowiła wziąć udział w maratonie i na mecie przeżyła szok. Jedni płaczą, inni się śmieją, są całkowicie wyczerpani a jednak szczęśliwi. Osoba postronna tego nie zrozumie. Szczególnym przeżyciem jest "Rzeźnik". Polega na biegu parami, gdzie zależnym jest się nie tylko od siebie, lecz także od partnera. Te blisko 80 km klasyfikuję jako bieg życia. Jedyny w swoim rodzaju. To maraton górski, więc dosyć szczególna forma tego sportu. Trenowaliśmy w Wiżajnach. Muszę stwierdzić, że górale biegają inaczej niż my, jak kozice (śmiech). Mają wykształcone inne partie mięśni. My potykamy się na kamieniach. Ale lubię górskie biegi. Za jeden z ciekawszych uważam trasę ze Szrenicy na Śnieżkę.

Jakie ma Pan plany na przyszłość?

Większość z nich już zrealizowałem. Wszystkie ważniejsze maratony, wizyty na Litwie, Łotwie w Pradze. Na dzień dzisiejszy chciałbym jeszcze powoli dobić do setki biegów. Zostało mi 16.

Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot