• 1
  • 2
  • 3
środa, 10 luty 2016 20:51

Wspomnienie

Napisane przez EPB

Miałem sześć lat, brat dwa, a siostra siedem miesięcy. Wywieźli nas 10 lutego. Przyjechali Sowieci, otoczyli podwórko, dwóch weszło do nas do domu, kazali się zbierać i to wszystko. Był wtedy siarczysty mróz, mama pozbierała pierzyny. Można było brać co się chciało, ale nikt się nie spodziewał, że jedziemy na tak długo i tak daleko. Powchodziliśmy na wóz pod pierzyny i tak nas wieźli. Siostrę mama trzymała przy piersi.

Zawieźli nas do Augustowa na stację, gdzie przesiedliśmy się do wagonów. Wagony były bydlęce, tylko porobiono w nich prycze do spania. Mniejsze dzieci położono na dole, starsze wyżej. Był piecyk i jakaś dziura wycięta w podłodze, okręcona, osłonięta płachtami by można było się załatwiać. W czasie jazdy śnieg leciał do środka. Podróż trwała około miesiąca, do jedzenia było tylko to, co zabraliśmy ze sobą.

Dotarliśmy do celu, do Kwitka (Kwitok, okręg irkucki). Osadzono nas w barakach, mieliśmy pracować przy drzewie. Uprzątnięto je tylko co przed nami, bo kości leżały. Byli z nami nie tylko rolnicy, ale i lekarze, nauczyciele, wojskowi, pogranicznicy, leśnicy. W barakach były zagrody dla rodzin, stały piecyki i ludzie w nich palili dzień i noc kolejką. Jak spaliśmy w barakach, mama stawiała przy łóżkach bańki z wodą na pluskwy, aby się topiły. Inaczej gryzły okropnie, niekiedy jak się wstawało, to plecy były całe czerwone od ukąszeń. Najbardziej doskwierał głód, za pracę dostawaliśmy kartki na zupę. Trafił się w niej, lub i nie, jeden listek kapusty. Tak, to była praktycznie woda. Dodatkowo pół kilo chleba, dzieci tylko dwieście gram. Ojciec był stolarzem i czasem robił trumny. Ja pomagałem mamie sprzątać w „jaślu”, to taki żłobek. Były tam też rosyjskie dzieci. W barakach mieszkali sami Polacy, ale latem wszyscy razem biegaliśmy. W domu mówiliśmy po polsku, jak się spotkaliśmy wszyscy na drodze, to po rosyjsku.

Mama zaczęła tracić wzrok, podczas pochmurnych dni już nic nie widziała. Oddawała nam swoje porcje jedzenia. Byliśmy głodni, zjadaliśmy szybko swoje i wyciągaliśmy ręce po więcej... Polska lekarka powiedziała, że mama traci wzrok z powodu głodu. Potem w „sowchozach” było już lżej, tam mama odzyskała wzrok. Ja też chorowałem, leżałem w szpitalu, ale tam nie umieli mi pomóc, żadne leki nie pomagały. Nasza doktorka poradziła, że jedynym lekiem byłby rosół z kury i żeby dawać mi go po trochu. Jeśli to nie pomoże, to już nic nie da się zrobić. Mama, żeby mieć pieniądze na kurę, sprzedała swoje buty, rosół postawił mnie na nogi. Ubrania dostawaliśmy od Rosjan, dawali nam fufajki, spodnie.

Potem przyszło rozporządzenie, że jeśli ktoś ma pieniądze, to może jechać bliżej Polski. Ojciec miał trochę rubli, więc pojechaliśmy na „sowchozy”, pracowaliśmy w rolnictwie . Dostaliśmy mieszkania, było już trochę lepiej. Pracowaliśmy za pieniądze, nie za kartki, można było sobie wtedy coś ugotować. Na „sowchozach” ludzie kombinowali z jedzeniem. Starali się w butach i kieszeniach trochę pszenicy wynieść. Ojciec zrobił taki kołek z twardego drzewa, wałek do tłuczenia zboża. Z pszenicy lub jęczmienia robiliśmy pęczak. To już było coś.

Nie od razu dostaliśmy mieszkanie, ale tam nie można było być bezdomnym, bywało po pięćdziesiąt stopni mrozu. Poszliśmy więc do „kantora”, to był taki klub. Mogliśmy tam przebywać, póki nie znajdziemy mieszkania. Jak byliśmy w kantorze, to pewien Rosjanin pokazał mi gdzie są ziemniaki. Były pod deskami podłogi. Powiedział, żeby spróbować sobie trochę powyciągać, a gdy oni przyjadą po ziemniaki do stołówek, to wyrównają różnicę i nikt się nie zorientuje. Nie było takiego rozdzielenia, czy ty Polak, czy Ruski, wszyscy byli tacy sami. Naród nie był zły, tylko polityka była zła.

Przed wywózką nie chodziłem do szkoły, bo byłem za mały, na zesłaniu do rosyjskiej też nie chodziłem. Pisać i czytać uczyła nas mama. Były nauczycielki, ale mogły uczyć tylko jednego ucznia. Gdyby uczyły kilkoro, byłoby to już zgromadzenie. To było niezgodne z prawem, nie wolno było nam tworzyć zgromadzeń. Świąt religijnych tam nie pamiętam, taka była polityka. Jakiekolwiek słowo o niej i religii było zabronione. Panował strach, bo przyszliby w nocy i człowiek przepadłby jak kamień w wodę. Wtedy sądów, sądzenia nie było. Za kradzież tak, do sądu kierowali, a później do więzienia, ale nie za politykę czy wiarę. Matka miała tylko książeczkę do nabożeństwa, chowała ją głęboko, uczyła nas modlitwy. Pamiętam też, jak przyjechała Róża Luksemburg, polska komunistka. Chciała zobaczyć jak żyjemy, wtedy było generalne sprzątanie, jakby generał jakiś przyjeżdżał. Każdy musiał być wymyty i przygotowany.

O powrocie do Polski mówili wszyscy. Przyszło zawiadomienie, kazali brać dokumenty. Tam został tylko stryjek i moja najmłodsza siostra, która umarła. Pamiętam powrót, wróciliśmy do kraju pod koniec maja. Nie wszyscy na raz wracali, było kilka transportów. Za powrót nikt nie płacił, zapewniali go Rosjanie. Po naszym domu nic nie zostało, okopy tylko były. Gdy wróciliśmy miałem 12 lat, poszedłem do szkoły w Netcie, ukończyłem cztery klasy. Ojciec miał rękę złamaną, musiałem zająć się gospodarką. Bardzo życzliwi okazali się sąsiedzi, ci co mieli konie pomagali zaorać ziemię, posiać coś na niej.

Z tamtych lat mam najgorsze wspomnienia, jakie można mieć w życiu. Młodzi się teraz tym nie interesują. Oni tego nie zrozumieją. Nie rozumieją co znaczy głód. Teraz nie doceniamy tego co mamy. Tam walczyło się o to, by udało się coś zjeść. Nie doceniamy tego, że mamy w co się ubrać, tego, że jest możliwość nauki. Ja takiej możliwości nie miałem. Miałem tylko szczęście, że udało mi się wrócić.

Wspominał Pan Marian Rutkowski z Netty Folwark

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot