• 1
  • 2
  • 3
wtorek, 08 marzec 2016 21:19

Pogoda życia

Napisane przez RED

Z okazji dzisiejszego Dnia Kobiet odwiedziliśmy Panią Zofię Wysocką mieszkającą w Netcie. Podczas okupacji łączniczka i sanitariuszka Armii Krajowej o pseudonimie "Zosieńka" w konspiracji była od 1939 roku. Kolejno aresztowana przez NKWD i Gestapo, po wojnie represjonowana przez Urząd Bezpieczeństwa. Pogodna i uśmiechnięta nadal cieszy się dobrą formą pomimo ukończonych 96 lat. Życząc Pani Zosi już nie stu, ale dwustu lat, chcielibyśmy przypomnieć czytelnikom rozmowę, którą "Zosieńka" odbyła z nami kilka lat temu:

Jak się zostaje sanitariuszką?

Ja chciałam się uczyć, ale mój tata mi nie pozwolił, mówiąc, że jestem jego prawą ręka na gospodarstwie. Bardzo płakałam, więc ciocia pomogła mi załatwić w mieście szkołę. W tej szkole Kozikowa, żona nauczyciela i pielęgniarka w szpitalu, prowadziła ten kurs. Bardzo wielu rzeczy mnie nauczyła. Dzięki temu w partyzantce mogłam dużo pomocy nieść, rany opatrzyć, do dzisiaj poród potrafię przyjąć. Była nawet kobieta we wsi, która urodziła dziesięcioro i ja dziewięcioro z nich na świat przyprowadziłam. W ogóle mówiło się tutaj, że lepiej trójkę dzieci przy Wysockiej urodzić, niż jedno w szpitalu. Kurs ukończyłam przed rozpoczęciem wojny, więc gdy się zaczęła, to ja byłam taką odważną sanitariuszką. To się tak lekko opowiada, ale łatwo nie było.

Pamięta pani dzień, w którym zaczęła się wojna?

Dobrze pamiętam, to był pierwszy września, piątek. Ja wtedy wcześniej wstałam, żeby jakąś robotę przy maszynie dokończyć. O piątej rano usłyszałam i zobaczyłam samoloty. Wtedy już ludzie mówili o wojnie, szeptali po kątach kto tam czego się dowiedział. Więc poszłam wtedy do taty i mówię: Tato, to chyba wojna. A ojciec się zdenerwował, że go obudziłam i nie uwierzył. Dopiero jak sam zobaczył, że samoloty suną po niebie, eskadra za eskadrą, to mi uwierzył. Jeszcze smarkata byłam, bo ile to jest 19 lat, ale powiedziałam mu, że trzeba wziąć krowę chociaż jedną, najlepszą, i zaprowadzić do babci. Wyobrażałam sobie, że do babci, która mieszkała za Sztabinem, wojna nie dojdzie, a że my blisko granicy, to bardziej niebezpiecznie. Poradziłam wtedy jeszcze tacie, żeby spakował najważniejsze rzeczy na wóz, bo jak przyjdzie co do czego, to macocha radą nas nie poratuje, tylko będzie płakać. Ojciec zgodził się ze mną i wysłał z tą krową do babci. W drodze nie spotkałam nikogo, a zmęczyłam się okropnie i odcisków na nogach sobie porobiłam, bo buty mi się rozpadły w połowie drogi, więc babcia mi te nogi wymoczyła w jakichś ziołach i kazała wypocząć, a jak wracałam, to dała mi dwa konie, żebym na jednym jechała, a drugiego prowadziła. Jak wracałam, to droga pełna wozów, ludzi pełno, bo wszyscy uciekali. Ale jak się pytałam, dokąd jadą, to nikt mi nie potrafił odpowiedzieć. Później, jak wróciłam do domu, to jeszcze raz do babci pojechałam, tym zapakowanym wozem i z tymi końmi. Dwa tygodnie cisza u nas była. Ani bolszewicy nie przyszli, ani Niemcy. Więc ja wróciłam do domu, bo mi u babci było nudno. Tata się zgodził, żebym wróciła, bo zawsze to w domu weselej. I do dziś pamiętam, że przez te dwa tygodnie, to u nas było takie bezkrólewie. Nie było ani sądu, ani rządu, co kto chciał to brał, ludzie nie wiedzieli co robić, czy uciekać, a jeśli uciekać to dokąd? My myśleliśmy, że do nas wejdą Niemcy, a weszli bolszewicy. W Suwałkach byli Niemcy, a w Augustowie bolszewicy, tak się podzielili.

Jak to się zaczęło z partyzantką?

Do partyzantki wciągnął mnie znajomy, komendantem oddziału był „Komar”. On mnie szkolił, przed nim przysięgę składałam. Głównie chodziłam z meldunkami. Do dziś pamiętam, jak chodziłam przez most, na którym stało zawsze dwóch, trzech strażników niemieckich. Wszędzie pod ubraniem miałam pochowane papiery, ale szłam zawsze pewnie. Brałam ze sobą taką torbę, no trochę ładniejszą niż taka na ziemniaki i w tej torbie miałam igły, nici, centymetr krawiecki, jakieś materiały, że niby do klientki idę. Jak przechodziłam obok tych szwabów, to się uśmiechałam do nich i witałam ich po niemiecku. Ja niemieckiego dobrze nie umiałam, ale mój tata kiedyś na robotach, na zarobku w Niemczech był, to coś tam pamiętałam. Mówiłam, że jestem specjalistką od szycia, i jak chcą, to im też mogę coś uszyć. Parę razy mnie odprowadzali, może z dobrego serca to robili, ja nie wiem, ale bałam się że mnie śledzą. Więc skręcałam do cioci i dalej polami szłam tak, żeby mnie nie widzieli.

Aresztowania też się zdarzały?

A kto wiedział o mnie więcej niż sąsiad najbliższy, wszyscy na niego Kozioł mówili. On doniósł na mnie. Ja się nie przyznawałam do niczego, nikogo nie wydałam, mam czyste sumienie. Powiedziałam, że jeśli zginę, to zginę, trudno. Byłam jeszcze panną, dzieci nie miałam, matki nie miałam, więc i śmierci się nie bałam. Zamknęli mnie w magistracie, wsadzili do celi z taką dziewczyną, co szpiegowała dla nich. Udawała, że ją przesłuchują, że jest po tej stronie co ja. Wiedziałam, że to wtyczka, więc nic nie mówiłam, tylko jej współczułam, życzyłam wszystkiego dobrego i żeby ją wypuścili. Jeszcze się upierałam przy swoim do niej, i twierdziłam, że mnie zaraz po badaniach wypuszczą. I z tego więzienia bolszewickiego mnie Niemcy wynieśli na rękach.

Ja zaraz opowiem jak to było. Bolszewicy mnie wzięli w nocy na przesłuchanie, do celi wrzucili nad ranem. Usłyszałam samoloty, ale myślałam, że to mój wymysł jest, no bo jak to, samoloty? Modliłam się do Matki Boskiej, żeby mi rozumu nie odjęło, bo to wcale nie było takie dziwne po przesłuchaniach takich rozum stracić. W tej celi było wysoko bardzo wąskie, zakratowane okno. Więc ja się podciągnęłam do tego okienka, złapałam za kraty i zobaczyłam, że niemieckie wojsko idzie trójkami. Jeden z nich się mnie zapytał, co ja tu robię. Odpowiedziałam, że nie znam niemieckiego, więc zawołał tłumacza. I wtedy im powiedziałam, że tu jest więzienie i mnie tutaj bolszewicy zamknęli. Poprosiłam ich, żeby mnie wypuścili, bo i na wolność mi się chciało i okazja była. A jak się zapytali, za co ja siedzę, to odpowiedziałam, że za to, iż jestem Polką. Pamiętam, że wtedy im jeszcze powiedziałam: wy jesteście Niemcy, więc naród kulturalny i mądry, więc rozumiecie, że każdemu narodowi wolno być sobą. Tylko bolszewicy to by chcieli, żeby każdy był bolszewikiem. Mimo, że bardzo się spieszyli, to wyłamali drzwi do mojej celi, wynieśli mnie z tego więzienia na rękach i jeszcze dali taką dużą czekoladę w blaszanym opakowaniu. Podziękowałam im i powiedziałam wtedy do nich: macie na klamrach napisane „Bóg z nami”, to niech będzie ten Bóg z wami. Oni też mi podziękowali, pomachali, rozstaliśmy się w zgodzie.

Ale później pani trafiła też do niemieckiego więzienia?

Tak, ten sam Kozioł na mnie doniósł. Pamiętam swoje przesłuchanie, w pomieszczeniu byłam ja, taki gruby gestapowiec, tłumacz i ten kozioł. Na biurku drewniana pałka z rzemieniami, jakby bicz. I ten gestapowiec mi powiedział, że oni wszystko wiedzą i za każde słowo nieprawdy dostanę dwadzieścia takich pyt. Ale ja grałam swoje i mu powiedziałam, takim zdziwionym tonem: Proszę pana, ja nie mam zamiaru pana okłamywać, to co wiem, to panu szczerze powiem, ja nic nikomu nie zrobiłam, więc czego ja się mam bać? Przesłuchacie mnie i wypuścicie. Tu mnie chyba znowu uratowało to, że ja się nie stresowałam. „Komar” wiele razy mówił, że się marnuję i że powinnam na aktorkę iść, tak udawać potrafiłam. Ale ten Kozioł wszystko dokładnie wyszpiegował, jak pies pod moim oknem leżał i podsłuchiwał. I im wtedy powiedział, że się modlę o wolną Polskę. A temu to ja nie zaprzeczałam, powiedziałam, że owszem, się modliłam o szczęśliwe zakończenie wojny. Pamiętam, że do tego gestapowca powiedziałam: Za pana też gdzieś się matka modli. On wtedy się spojrzał na mnie tak dziwnie, ale nic nie powiedział, tylko pozwolił Kozłowi dalej mówić, a on doniósł , że do mnie chłopcy z partyzantki przychodzą. Ale ja, pewna siebie, mówię wtedy, że owszem, przychodzą, młoda dziewczyna jestem, to co, kto mi zabroni? I poprosiłam tego gestapowca, żebym mogła kilka słów temu Kozłowi powiedzieć. Pozwolił, więc wstałam i powiedziałam: Słuchaj, głupi Koźle, leżałeś jak pies u mnie pod oknem, ja wiem, że ja zginę, ale jeśli zginę, to jak prawdziwa Polka, a ty co tu w tym więzieniu robisz? Swarzysz wszystkich, a Niemcy, wiedz, że to wykształcony, mądry naród i oni wiedzą, kto czegoś wart, a kto nie. Ty mnie oskarżasz, że ja chodziłam do kościoła i się modliłam? Chodziłam i teraz w celi więziennej też się o Polskę modlę, nikt mi tego nie zabroni. Ja się nie boję, że mnie pobiją, że każą mi stanąć pod ścianą i kulę wpakują, bo wiem, że mnie wtedy pan Bóg przytuli. A ciebie, durniu, co czeka? I wtedy ten gestapowiec spojrzał na mnie, na Kozła, zestawił dwa krzesła, kazał się położyć na nich, dał mi tą pytę i kazał mi go bić. Ale ja tak się uśmiechnęłam do niego, i mówię - panowie, za piękne moje ręce w taką brzydka mordę bić? I sami go zbili tymi pytami, a mnie nie trącili i wypuścili. Choć ja temu Kozłowi wybaczyłam, niech mu pan Bóg świeci, bo on mnie później przepraszał za to wszystko.

Najgorsze wspomnienia?

Ja się nie bałam więzień, przesłuchań, niczego. Ale najgorzej wspominam, jak wróciłam do domu z więzienia magistrackiego. Prawie całą moją rodzinę na Syberię wywieźli, ja w jednej sukience, bez paska, bez niczego, bo wszystko w więzieniu zabierają, żeby samobójstwa nie można było popełnić. Wracam do domu, a tam wszystko zrabowane. Ni garnka, ni miski, ni wiadra nawet żeby mieć w czym wody zaczerpnąć ze studni. Ciocia, najbiedniejsza z moich znajomych, jakichś koszul choć przyniosła, bielizny. Nikt oprócz niej nie zajrzał do mnie, ni z rodziny, ni z sąsiadów. Ludzie wszystko nam rozebrali, nie wiedziałam od czego zacząć nawet. Wtedy się stałam jakby głową rodziny, bo byłam najstarsza, a zostali jeszcze Antek z Marysią, moje przyrodnie rodzeństwo. Nie miałam nic, więc z czego miałam zacząć budować to życie jakieś? Później dopiero nam jeden sąsiad oddał dwa prosiaki, z czterech. Tylko dwa, bo dwa sobie zostawił, rościł sobie do nich prawa, jako że dwa tygodnie je karmił wszystkie. Ja tam nie chciałam wojować, dobre i to. Jak później jeszcze nam drugi sąsiad krowę oddał, to już odetchnęłam z ulgą. Bo ze zbożem na polu, krową i dwoma prosiakami, to wiedziałam, że przeżyjemy.

 Co dobrego wyniosła pani z tego trudnego czasu?

Pamiętam, jak do mnie przyjechał w odwiedziny Franek taki, on się ukrywał w Suwałkach i przyjechał zobaczyć, co to za zjawisko, młoda dziewczyna i z meldunkami lata, partyzantów ukrywa, po więzieniach się tłucze. On mi się nie podobał z urody wcale, bo niski był, no tyle że ciemny, a ja ciemnych chłopców wolałam od blondynów. Ja wtedy kochliwa nie byłam, chłopcy mnie nie interesowali za bardzo, mnie interesowała polityka! Była we wsi taka ciotka Kamila, wdowa, i ona mi poradziła żebym za niego wyszła, bo będzie mi z nim dobrze, że pasuje do mnie, że inteligentny. Ale ja się obruszałam i pytałam, czy aby ciotka z pieca nie spadła, bo ja za takiego kurdupla nie wyjdę. Nawet sobie tego do głowy nie dopuszczałam, że mogłabym za niego wyjść. On jednak tak cierpliwie przychodził, zabiegał. Ja, co nigdy bym nie pomyślała, że się w nim zakocham w końcu się zakochałam i wyszłam za mąż z miłości, zaimponował mi jego charakter. Bo to był dobry, inteligentny człowiek, bardzo zdolny, choć niepraktyczny w ogóle. Później razem uciekaliśmy.

Przed czym uciekaliście?

Przed Polską Ludową, wszyscy porządni Polacy przed tym nieszczęściem uciekali. My najpierw trafiliśmy do domu dziecka w Sromowcach Niżnych. Franek tam pracował jako ogrodnik, ale bardziej honorowo, niż za pieniądze, ja im szyłam, więc mieliśmy mieszkanie tańsze i obiady. Na na życie dodatkowo zarabiałam, szyjąc. Chociaż nudno nie było, bo w tym domu wszyscy byliśmy trefni, znaczy się, z konspiracji. Do domu wróciliśmy dopierow 1957 roku, kiedy ogłoszono swobodę. Na gołe pole żeśmy wrócili, było bardzo biednie. Musiałam o wszystko zadbać, bo mój mąż to się nie nadawał do życia, w życiu trzeba kombinować, być praktycznym. Ale jak wróciliśmy na swoje, i Jadzia, nasza córka, zapytała: Mamusiu, to nasza łączka, mogę po niej biegać? Odpowiedziałam tak, nasza, polska. To było piękne, to było warte wszystkiego.

Jak pani ocenia dzisiaj nasz kraj? O taką Polskę pani walczyła?

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Jest do wiedzy dostęp, to jest bardzo dobre. Tyle że ludzie stwarzają pewną atmosferę sami, bo nikt nie zabrania do kościoła chodzić, nikt nie namawia nikogo do prześladowań, a że teraz tak jest, że jak komuś jest lepiej, to trzeba mu nogę podstawić, to inna sprawa. Bo to my sami sobie piekło robimy, no nie wszyscy, ale jednak. I narzekać nam nie wolno, bo teraz każdy się może kształcić. Czy ja przed wojną mogłabym wszystkim dzieciom wyższe wykształcenie dać? Na pewno nie. Może jednemu, najstarszemu. Teraz jest lepiej i trzeba to doceniać.

Zofia Wysocka prowadziła gospodarstwo w rodzinnej wsi aż do emerytury. Do dziś mieszka w Netcie, ma pięcioro dzieci (Mańka, Stasia, Jadzię, Bogusia i Urszulkę) i gromadkę wnuków. Jej mąż, Franciszek Wysocki, prowadził wraz z nią gospodarstwo do śmierci w 1974 roku. 27 września 2012 roku została uhonorowana nagrodą „Świadek Historii” w białostockim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej. Kandydaturę Zofii Wysockiej zgłosił Starosta Augustowski, Urząd Gminy w Augustowie, Klub Historyczny im. Armii Krajowej w Augustowie oraz augustowskie koło Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot