• 1
  • 2
  • 3
niedziela, 04 luty 2018 16:14

"Swoją przeszłość trzeba znać ..."

Napisane przez KM

Kilka dni temu minęła kolejna rocznica wyzwolenia Auschwitz. Choć obóz ten kojarzony jest głównie z eksterminacją ludności żydowskiej, trafiali tam także w dużej liczbie Polacy , którzy w pierwszym okresie istnenia obozu stanowili największą gupę narodowościową skazaną na piekło za drutami. Mim,o że nie ma zwyczaju obchodzenia rocznicy likwidacji KL Stutthof czy Ravensbruck, nie oznacza, iż cierpienia, jakich doznali ludzie w obozach koncentracyjnych o innej nazwie, były mniejsze. Obecne wydarzenia związane ze słynną już ustawą o IPN, skłoniły nas do przypomnienia opublikowanej kilka lat temu rozmowy dotyczącej osoby, której udało się przeżyć niemiecką machinę zagłady.

Józef Radzaj został aresztowany na Augustowszczyźnie. Tutaj również udało mu się wrócić i spędzić ostatnie lata życia. Nie przyznano mu żadnej rekompensaty ani odszkodowania za poniesione krzywdy. Jedynym dokumentem będącym świadectwem tragicznych przeżyć, jaki otrzymał już po wojnie, jest wypis ze szpitala obozowego, a w zasadzie jego odpis, który przysłużył się potwierdzeniu statusu kombatanta. Zachował się też symboliczny krzyż obozowy nieposiadający jednak rangi odznaczenia. I oczywiście historia. Tę ostatnią przekazuje nam nasza rozmówczyni. Z panią Chełmińską, córką ocalonego, spotykamy się w jej mieszkaniu na Borkach.

Co stanowiło powód aresztowania Pani ojca? 

Tatę oskarżono o udział w ruchu oporu, mimo że ze względu na wiek nie podjął czynnego działania. Miał wtedy 21 lat. Tych ludzi traktował po prostu jako starszych kolegów, którzy doskonale wiedzieli, jak się ukryć, kiedy przyjechali Niemcy. On nie miał takiego szczęścia.

Czy wtedy podjęto decyzję o przewiezieniu go do obozu?

Z tego co wiem, najpierw kilkakrotnie był przesłuchiwany przez Niemców, co potwierdzają też mieszkańcy miasta. Udało mi się nawiązać kontakt z pewną kobietą z ulicy Żeglarskiej. Była młodsza od moich rodziców, ale zapamiętała, jak przez ich wieś wieziono kogoś w furmance dotkliwie bijąc go kolbami karabinów. Po wymienieniu mojego nazwiska udało się ustalić, że chodziło o ojca. Już po latach wspominał o co najmniej dwóch miejscowościach, w których go przetrzymywano. Ponieważ więźniów transportowano dalej pociągiem, musiało stamtąd istnieć połączenie kolejowe z Pomorzem. Na pewno działo się to gdzieś w okolicach Ełku. Potem... był już obóz.

[Docierając w swojej opowieści do tego momentu pani Chełmińska nagle milknie. Rozpoczyna dopiero po dłuższej chwili.]

Tata wspominał go tak... Wydawało mu się, że umarł i trafił do piekła. Wszędzie było pełno cuchnącego dymu. Po obu stronach stali esesmani z psami, pozwalając im gryźć idących, których dodatkowo bili kolbami. Tym, co tata najwyraźniej zapamiętał z samego pobytu w obozie, był głód. Więźniowie dostawali kromkę chleba dziennie i miskę zupy z brukwi, w praktyce – zwykłą wodę. Tych, którzy nie mieli sił, by pracować, w straszny sposób dobijano. Ludzi wieszano za najmniejsze przewinienie, a wszyscy pozostali musieli na to patrzeć.

Czy ojcu po wojnie udało się zatrzeć w pamięci tamten okres?

Nigdy [odpowiada cicho, ale zdecydowanie]. Nawet nam nadal trudno jest zapomnieć te opowieści.

Może więc nie będziemy kontynuować?

Nie, zresztą o tym należy mówić. Tata dużo opowiadał. Zarówno nam, jak też innym ludziom, a ja układałam to sobie w całość. Byłam dzieckiem. Przyjmowałam jego słowa, jako jakieś straszne historie, nie mogąc uwierzyć, że wszystko zdarzyło się naprawdę, że człowiek jest zdolny postępować w podobny sposób z drugim człowiekiem. Przy wielkim mrozie wyganiano więźniów ubranych w pasiaki na zewnątrz, ustawiano w kolumny i kazano stać tak godzinami.

A jednak pani ojcu udało się przetrwać.

Duże znaczy miał jego młody wiek. Poza tym wśród aresztowanych tata poznał dwóch braci, księży, skazanych za to, kim byli. Poświadczyli, że był pomocnikiem szewca. Niemcy potrzebowali osób do robienia chodaków zastępujących zabierane więźniom normalne buty. Tym sposobem tata trafił do znacznie lżejszej pracy.

Pamięta pani nazwiska tych księży?

Niestety nie. Moja znajoma wie o jednym księdzu, który opiekował się więźniami w Sztutthofie. Nazywał się Naruszewicz.

Kiedy i w jakich okolicznościach pani ojciec odzyskał wolność?

Nie zapisywałam dokładnych dat, czego dzisiaj żałuję, ale aresztowano go prawdopodobnie w 1943 roku. Sam obóz w 1945 roku został ewakuowany. Część jeńców załadowano na barki i zatopiono na Bałtyku. Niemcy obawiali się nadchodzących Rosjan, toteż ostatnich grup nie zdążono już dowieźć. Zamiast tego więźniom kazano wejść do wykopanych własnymi rękami dołów. Potem zaczęto do nich strzelać. Tata upadł. Ponieważ przykryły go ciała zabitych, Niemcy dobijający tych, którzy się ruszali, nie zauważyli, że jeszcze żyje. Poza tym ktoś krzyknął, że Rosjanie są niedaleko. Niemcy w pośpiechu odjechali, a z masowego grobu uratowało się kilka osób. Niemniej znajdowali się w koszmarnym stanie. Tata ważył 33 kilogramy. Proszę sobie wyobrazić, jak młody mężczyzna wyższy ode mnie musiał wyglądać, ważąc tylko tyle. Jeden ze współwięźniów mieszkający gdzieś niedaleko na Pomorzu zabrał go do domu i jakoś odkarmił. Tata wspominał, że mnóstwo ludzi, których tam spotykali, umierało z przejedzenia. Zazwyczaj na pierwszy posiłek zjadali za dużo i dostawali skrętu kiszek. Ojciec na szczęście nie podzielił ich losu.

Te przeżycia z pewnością zaważyły na późniejszych latach?

Kiedy my przy stole narzekaliśmy, że coś nam nie smakuje, zawsze płakał. Często mówił: "Dzieci, ja marzyłem, żeby znaleźć ogryzek od jabłka". Mimo to z pozoru żył normalnie, to znaczy ja na co dzień niczego niepokojącego nie widziałam. Nie miałam porównania z tym, jak wyglądał wcześniej. Gdy się urodziłam, był już czterdziestoletnim mężczyzną.

Udało mu się powrócić do normalnego życia?

W pewnym stopniu tak. Ale nie sądzę, by było to do końca możliwe, zważywszy, że nawet ja po tylu latach nie mogę się z jego cierpieniem pogodzić. Zresztą tatę prócz tego, że przeżył obóz, w 1946 roku ponownie aresztowano. W moich wspomnieniach te trwające 6 tygodni przesłuchania w Suwałkach przeplatają się z obozowymi. To wszystko, co teraz opowiada się w telewizji, słyszałam na własne uszy z ust taty. O siedzeniu godzinami na odwróconym stołku z jedną nogą, braku odpoczynku, gdyż więźniom nie pozwalano spać. Zamykano ich w karcerach, gdzie możliwe było jedynie stanie w pozycji wyprostowanej. Pomimo mroźnej pogody otwierano okna i co chwilę przez drzwi polewano zimną wodą. Po czym wracało się na przesłuchanie, gdzie czekało wyrywanie zębów, paznokci i wbijanie pod nie igieł albo przytrzaskiwanie palców drzwiami. Jako najbardziej bolesne ojciec wspomina bicie w pięty. Podobno nie było człowieka, który nie padłby po tym z bólu. On sam, gdyby miał do czego, z pewnością by się przyznał.

Czy ocalały jakieś pamiątki po Pani ojcu? Zdjęcia? Coś, co byłoby dowodem tamtych czasów? I co ważniejsze, czy doczekał się jakiegoś zadośćuczynienia?

Nie zdążył tego dożyć. Po wojnie nikt nie myślał o takich rzeczach jak dokumentacja czy robienie zdjęć. Symboliczny krzyż obozowy i wypis ze szpitala – tylko to pozostało.

Często wspomina się o sowieckiej okupacji, zwłaszcza na naszych terenach. Bardzo mało o tym, że augustowianie wycierpieli tyle samo od Niemców co i od bolszewików.

To prawda. Kilka lat temu rozmawiał ze mną prokurator z IPN, więc nazwisko taty chyba gdzieś tam figuruje, skoro skontaktowali się z nami w tej sprawie. Myślę, że za mało wypytywałam tatę, póki żył. Kiedy zmarł, miałam tylko dwadzieścia kilka lat, tyle co on, gdy wszystko się zaczęło. Widziałam, że wspominanie tych wydarzeń sprawiało mu trudność. Minęło już tyle czasu i sama nadal nie potrafię mówić bez emocji o jego wspomnieniach. Pozostaną we mnie na zawsze.

To niewyobrażalne, żeby dziś mój syn miałby przeżywać coś podobnego. Nie wiem, czy w okolicach Augustowa jest jakaś rodzina, która mogłaby powiedzieć, że nikt z niej nikt nie ucierpiał podczas wojny. Dziadek mojego męża z najstarszym synem przepadli w Obławie Augustowskiej, wujek od strony mamy siedział przez 9 lat w więzieniu za współpracę z WiN. Pokolenie moich dzieci już nie będzie tego pamiętało. Myślę, że warto o tym mówić, tym bardziej, że żyje coraz mniej świadków, a młodzi nie chcą słuchać o podobnych sprawach. To już inne czasy. Ale swoją przeszłość trzeba znać, choćby po to, żeby się nie powtórzyła.

Skomentuj

W związku ze zmianą systemu komentarzy, użytkownicy zarejestrowani przed dniem 18.04.2019r. muszą na nowo utworzyć konto na portalu, ponieważ konta użytkowników oraz komentarze ze starego systemu nie były migrowane.

DrewSot